Panama na własną rękę – porady przed podróżą
Kilka porad oraz informacji praktycznych dotyczących samodzielnej organizacji wyjazdu do Panamy. Wpis powstał na podstawie podróży z lutego 2026, więc jeśli czytacie go w 2077 roku to coś się pewnie mogło już zmienić.
Przed podróżą
- Loty – Na ten moment brak jest bezpośrednich lotów z Polski do Panamy. Według mojej wiedzy, najłatwiej dolecieć tam przez Amsterdam (KLM) lub Madryt. Ja wybrałem tę drugą opcję, bo z Madrytu do Panama City latają aż 3 linie – Air Europa, Iberia (obydwie bezpośrednio) i Avianca (przez Bogotę). Koszt biletów dla osoby waha się ok. 2 200 – 3 500,00 zł (w zależności od obowiązujących promocji i wybranego bagażu). Pod kątem biletów jest to też jeden z tańszych kierunków, jeśli chodzi o Amerykę Południową/Środkową AD 2026. Podobno jest jeszcze jakieś połączenie bezpośrednie ze Frankfurtu, ale nie bardzo mogę je znaleźć. Spotkani Polacy wspominali też, że lecieli przez Stambuł (z lądowaniem w Bogocie) i trwało to jakieś 19 godzin.
- Szczepienia – obowiązuje standardowy zestaw szczepień podróżnych (błonica, tężec, krztusiec, dur brzuszny, WZW A i B). W odwiedzanych przez nas miejscach szczepienie przeciwko żółtej febrze nie było wymagane. Nikt też nie sprawdzał nam nigdy książeczki zdrowia.
- Wizy, meldunki i inna biurokracja – pod tym kątem Panama jest wyjątkowo nieskomplikowana, bo nie obowiązują żadne formularze, wizy czy inne pozwolenia na pobyt. Wystarczy ważny paszport.
Transport i wynajem samochodu
- Metro i autobusy w Ciudad de Panama – metro w mieście działa bardzo dobrze, a autobusy miejskie nieźle. Jest z nimi tylko jeden problem– trzeba kupić kartę miejską, bo nie istnieje możliwość nabycia biletów u kierowcy za gotówkę. Metro jest pod tym kątem lepsze, bo na każdej stacji da się wejść na perony przez jedną bramkę po prawej stronie, do której przykładamy kartę płatniczą (narysowana była Visa, nie wiem, czy Mastercard też działa). Nie próbowałem, są jakieś miejskie legendy o związanych z tym oszustwach, ale w sytuacji podbramkowej jest taka możliwość. W busach musimy już mieć kartę miejską, inaczej nie pojedziemy (przykłada się ją raz na wejściu, zwykle na wyjściu już nie). Problem z nabyciem karty jest taki, że sprzedają ją wyłącznie punkty obsługi pasażerów na stacjach metra (zwykle zamknięte) albo automaty (zwykle zepsute albo wyprzedały już wszystkie karty). Co ważne, nie da się jej kupić na lotnisku Tocumen, a przynajmniej ja nie odkryłem takiej możliwości. Nam udało się ją kupić chyba dopiero na 3 stacji w mieście. Z jednej karty może korzystać dowolna liczba osób (a na pewno dwie), po prostu przykładamy ją dwa razy. Kartę doładujemy w automatach i z tym akurat nie było problemu, chociaż maszyny nie zawsze wydawały resztę. A, i są dwa rodzaje kart miejskich, żeby było trudniej. Szerzej ten temat opisano tutaj, jeśli kogoś to bardzo ciekawi. My przez 99% czasu używaliśmy „zwykłej”, tzn. Sistema Integrado. RapiPass potrzebny jest tylko do przejazdów poza Ciudad Panama (np. do El Valle), ale logika stojąca za tym systemem trochę mi się wymyka. Jadąc w tym kierunku z Albrook kupiliśmy zwykłe bilety na busa w kasie, po czym wskazano nam „bramkę”. Tam sprawdzono nam bilety, ale żeby przez nie przejść, musieliśmy odbić się jeszcze RapiPassem (i zapłacić chyba jakieś 0,10 USD). Wspomnianej karty nie mieliśmy, więc zrobiliśmy z siebie idiotów (nie było trudno) i obsługa jakoś nas przepuściła. Więcej RapiPass nie był potrzebny, również przy wjeździe do Panamy busem.
- Busy lokalne i międzymiastowe – czasem jeżdżą bez rozkładów, a bardzo często bez zdefiniowanych przystanków. Czasami nie mają też żadnych oznaczeń obsługiwanych tras, a wtedy pozostaje tylko pytać się „stewarda” czy dojedziemy nim w pożądane miejsce.
- Wynajem samochodu – podczas pobytu w Panamie wynajmowałem przez tydzień samochód. Punkt odbioru wymyśliłem sobie w Santiago de Veraguas (miasto mniej więcej pośrodku Panamy, poza tym nic specjalnego tam nie ma). Ostatecznie zdecydowałem się na Thrifty, bo nie znalazłem żadnej sensownej lokalnej wypożyczalni. Proces rezerwacji prowadził… bot na WhatsAppie, a dopiero na koniec człowiek zebrał ode mnie kilka dodatkowych informacji. Na mniej więcej tydzień przed odbiorem dokonałem przedpłaty przez Internet całej kwoty (179 USD za tydzień, Hyundai i20). Sam samochód był absolutnie wystarczający jak na obraną przeze mnie trasę i tutejsze drogi. Paliwo bardzo tanie, mniej więcej 0,80-0,90 USD za litr bezołowiowej 95 (dostępna też tańsza 91). Wypożyczałem z podstawowym ubezpieczeniem i nie żałuję. Przy zwrocie Thrifty nie doszukał się niczego ekstra, wszystkie formalności poszły sprawnie. Minus za limit kilometrów (150/dzień, ponad limit 0,35 USD za kilometr). Wydaje mi się, że się zmieściłem w limicie, a na pewno nie doliczono mi nic do rachunku (wątpliwość wynika z tego, że nie określono jasno, czy 150 km jest na dzień kalendarzowy czy też na każdą kolejną dobę wynajmu).
- Ruch drogowy – szaleństwo na nasze standardy, całkiem spokojnie jak na Amerykę Łacińską. Jazda bez kierunkowskazów to norma, ale też często tutejsi kierowcy jadą całą trasę na światłach awaryjnych bez wyraźnego powodu. Jest to szczególnie spektakularne na skrzyżowaniach, bo nigdy nie wiesz, gdzie ten Panamczyk będzie skręcał. Trzeba uważać na dziury na drogach (potrafią być spore nawet na Panamericanie). Po Ciudad de Panama nie jeździłem, ale w godzinach szczytu (rano i wieczorem) lepiej odstawić auto na ulicy i iść pieszo. Korki bywają niewyobrażalne.
- Kontrole drogowe – Podczas wyjazdu trafiliśmy na okres karnawału, kiedy to tutejsza Policja miała swój odpowiednik akcji „znicz”. Kontrole (ręczne radary) w weekend były bardzo często, ale nikt mnie nie zatrzymał. W tygodniu też zdarzało nam się spotkać policjantów z radarami, chociaż już dużo rzadziej. Obowiązkowe kontrole są też na wjeździe/wyjeździe do niektórych regionów (np. jadąc Panamericaną w stronę David). Należy wtedy okazać paszport, prawo jazdy albo pokazać wnętrze pojazdu. Niekiedy też policjanci puszczali nas wolno od razu po tym, jak tylko odsłoniłem szybę i pokazałem moją twarz gringo.
- Autostop – dwukrotnie próbowaliśmy autostopa (w okolicach parku Soberania) i za każdym razem bardzo szybko udało nam się coś złapać. Było to już pod koniec wyjazdu, kiedy oswoiliśmy się z krajem i uznaliśmy, że jest to w miarę bezpieczne zachowanie. Poza tym nie widziałem miejscowych jeżdżących na „stopa” (bo turystów i owszem).
Pieniądze
- Waluta – w Panamie obowiązują niejako dwie waluty (USD i lokalna Balboa), ale jest to rozróżnienie wyłącznie grzecznościowe. W teorii Balboa to odrębna waluta, której kurs powiązany jest 1:1 z USD. W rzeczywistości za wszystko płacimy w USD i z takiego też konta schodzą nam środki przy jakiejkolwiek płatności kartą. Wbrew pozorom, nie jest to oczywiste, bo często ceny podawane są w Balboa. Nie zachodzi tu jednak żadne przewalutowanie z USD na Balboa, za które banki mogłyby naliczyć sobie jakieś prowizje. Istnienie lokalnej waluty ma na celu zachowanie resztek pozorów, że Panama ma wpływ na swoją politykę monetarną. Po prawdzie to istnienie Balboa przejawia się wyłącznie właśnie w monetach – w obiegu spotykane są te o nominałach do 1 USD. Poza nimi spotyka się też 0,10, ½ oraz ¼ Balboa. Podobno istnieją też mniejsze nominały, ale w praktyce „centy” widziałem wyłącznie produkcji amerykańskiej. Amerykańskie monety są powszechnie akceptowane w Panamie, natomiast panamskie w USA już niekoniecznie.
- Balboa ma zaskakująco dużo odmian „okolicznościowych”, które faktycznie spotyka się w obiegu. Być może taki prezent zainteresuje jakiegoś domorosłego numizmatyka. Ich pełna lista dostępna jest tutaj.
- Nie bardzo widzę sens w zabieraniu do Panamy Euro. Punkty wymiany walut widziałem tylko w Ciudad de Panama (np. w dzielnicy biznesowej). Nie wypowiem się o kursie, bo z nich nie korzystałem. Ten widziany na lotnisku/Casco Viejo był za to zbrodniczy.
- Nie wypłacałem pieniędzy z bankomatu. Na ile się orientowałem przed wyjazdem, trudno jest uniknąć opłaty za taką operację, a dodatkowo kwota wypłat jest mocno ograniczona.
- Moim zdaniem warto przygotować pieniądze na podróż mniej więcej 50-50, jeśli chodzi o gotówkę i pieniądz „elektroniczny”. Przez dwa tygodnie mniej więcej w 60-70% miejsc (hoteli, sklepów, restauracji) można było zapłacić kartą. Im dalej od Panama City, tym gorzej, a w niektórych miejscach (np. San Blas, Santa Catalina) bywało to mocno utrudnione.
- Jedną najgorszych rzeczy w kwestii płatności jest tutejszy system przedstawiania cen. W Panamie obowiązuje (ale nie zawsze, to kolejne kuriozum) technika amerykańska – ceny pokazywane są „netto”, bez podatków, opłat czy opłat do opłat. O tym systemie napisano już wiele i na świecie znajdują się zarówno jego przeciwnicy, jak i zagorzali przeciwnicy. W efekcie końcowa cena „przy kasie” za produkty lub usługi ma się nijak, do tego co zobaczyliśmy w cenniku. Najczęściej dodawany jest VAT (tutaj zwany ITBMS) w wysokości 7%. Czasami sprzedawcy informują o tym fakcie i wtedy lepiej jest zapłacić gotówką (w myśl zasady „z fakturą będzie drożej, czyli się nie opłaca”). Nie jest to jednak reguła, bo czasami podatek i tak jest doliczany przy płatności gotówką (co w sumie można pochwalić, bo prawdopodobnie przedsiębiorca nie robi fiskusa w konia). Z kolei niekiedy spotykaliśmy się też z tym, że ceny podane w sklepie/restauracji zawierały już podatek i płatność kartą niczego w tym zakresie nie zmieniała. Innymi słowy – pełna dowolność. Jeśli macie do tego siły i cierpliwość, możecie pytać się za każdym razem, czy cena zawiera podatek. My odpuściliśmy.
- Napiwki – podobnie jak z cenami, tu również panuje pełna swoboda (ewentualnie chaos). Niekiedy doliczane są obowiązkowo do rachunku, a niekiedy sprzedawca zapyta się was „czy życzycie sobie zostawić napiwek”. Jeśli nie macie psychiki odmówić w takiej sytuacji społecznej, to Panamczycy doliczą wam zazwyczaj 10% kwoty.
Panama na własną rękę – inne porady i uwagi
- Panama jest ogólnie krajem bezpiecznym, przynajmniej jak na standardy Ameryki Łacińskiej. Nie zmienia to faktu, że trzeba na siebie uważać i zachować zdrowy rozsądek. Szerzej na temat bezpieczeństwa w Panamie spróbuję wypowiedzieć się w osobnym artykule.
- Komary – w całym regionie istnieje ryzyko dengi, malarii i pewnie jeszcze z 40 innych chorób roznoszonych przez komary. Z tego powodu warto wyposażyć się w dobry repelent (najlepiej Mugga 50% DEET – to naprawdę wysokie stężenie nawet jak na tamtejsze standardy). Inna sprawa jest taka, że w odwiedzonych przez nas miejscach i czasie (luty 2026) komary nie były wielkim problemem. W żadnym miejscu nie spotkaliśmy też moskitiery.
- Telefon i Internet – połączenia i Internet w Panamie według stawek roamingu kosztują fortunę, więc zainwestowaliśmy w eSIM. Kupiłem go jeszcze w Polsce od Airalo (według mnie najtańsza opcja, ale zachęcam do własnych poszukiwań). W pakiecie na 30 dni było 3 GB danych, kilkanaście SMSów i kolejne kilkanaście minut połączeń. Wystarczyło w zupełności, koszt w Airalo z jakimś kodem zniżkowym na start wyszedł niecałe 20 USD. Działało przeważnie nieźle, ale było też wiele rejonów kraju, w których nie było żadnego zasięgu (nie wiem tylko, czy w innych sieciach byłoby lepiej, zwłaszcza w górach/lasach). Tematu fizycznych SIM nie badałem. Większość knajp miała swoje wifi, zazwyczaj jednak zabezpieczone hasłem.
- Warto wziąć ze sobą krem z filtrem, bo Panama leży bardzo blisko równika. Słońce bywa naprawdę mocne.
- W Panamie wtyczki do gniazdek są w wersji „amerykańskiej”, czyli typu A i/lub B (najczęściej B). Ja korzystałem z najprostszej przejściówki z naszego typu na A (bez uziemienia i bez żadnego adaptera napięcia ze 110 V na 230 V) i jakoś to działało. Trzeba być jednak przygotowanym, że w takim wypadku przejściówka może trochę wypadać z gniazdka oraz że niektóre urządzenia podłączone do niej (np. suszarka, grzałka) chodzą mniej wydajnie.
- Propozycje rzeczy do zobaczenia zamieszczę w odrębnym wpisie, natomiast poniżej znajduje się przykładowy plan wycieczki na 2 tygodnie.
- Jeśli szukacie przewodnika po Panamie, to mogę w miarę polecić dwa anglojęzyczne – Lonely Planet i The Rough Guide (obydwa dostępne w .pdf w zakamarkach Internetu).
- Do tras po górach polecam Maps.me lub AllTrails. Google Maps daje radę głównie w miastach, poza nimi potrafi się bardzo mylić.

Przykładowy plan podróży po Panamie z komentarzem (nieco ponad 2 tygodnie)
Dzień 1: Przylot o poranku, więc zostaje cały dzień. Zaczęliśmy od Casco Viejo, potem wzgórze Anton, powrót pieszo Cinta Costera późnym wieczorem.
Dzień 2: Ciudad de Panama – do wyboru, do koloru, np. Park Metropolitalny, Kanał Panamski, Calzada de Amador, Panama Viejo albo mecz lokalnej drużyny. Nam wystarczyło czasu na park, Kanał i Amador, ale wszystko w biegu (a po drodze wpadliśmy jeszcze w monstrualne korki – absolutnie unikajcie autobusów z Albrook na Amador po południu, przejeżdżają obok jednej z głównych dróg wyjazdowych z Ciudad de Panama).
Dzień 3 i 4: Skoro świt wyjazd na San Blas (wyspa Chichime). Na miejscu nocleg. Następnego dnia powrót późniejszą łódką (wyrusza z wysp ok. 15, w Ciudad de Panama ok. 19 – znowu, uwaga na ogromne korki o tej porze).
Dzień 5: Wyjazd z Ciudad de Panama autobusem do El Valle (podróż ok. 2,5 h). Po dotarciu na miejsce zdążyliśmy jeszcze zrobić najdłuższy dostępny szlak (India Dormida, kończący się niedaleko wodospadów Chorro Las Mozas)
Dzień 6: Kolejne spacery po górach i okolicy. W naszym wypadku padło na El Gaital (uwaga – transport publiczny na miejsce jeździ rzadko).
Dzień 7: Transport do Santiago de Veraguas. Nasz gospodarz zasugerował nam trasę busem do Penonome (zatrzymuje się m.in. pod targiem i supermarketem El Cruce) i potem łapanie kolejnego busa do Santiago. Poszło zaskakująco sprawnie, trasa omijała weekendowe korki na Panamericanie. W Santiago wynajem auta (Thrifty), przejazd do Parku Narodowego Sarigua. Potem Las Tablas, bo trwał akurat karnawał. Poza tym okresem w miasteczku nie ma co zwiedzać i warto inaczej zagospodarować te pół dnia.
Dzień 8: Przejazd do Santa Catalina. Odpoczynek albo zwiedzanie okolicy, co kto tam woli.
Dzień 9: Zorganizowana wycieczka na Isla Coiba. Powrót do Santa Catalina ok. 16-17. Nocleg w Santa Catalina.
Dzień 10: Plażowanie z rana, potem przejazd do Boquete (ok. 4,5 h z Santa Catalina własnym autem). Zwiedzanie miasteczka, park miejski. Na wiele więcej nie wystarczyło czasu.
Dzień 11 i 12: W zależności od pogody trekking lub… no właśnie nie wiem co. W przypadku słabej pogody nie bardzo jest tam co robić, miasteczko podobało nam się dużo mniej niż El Valle.
Dzień 13: Przejazd autem do Santiago (ok. 3 h), zwrot auta. Przejazd busem do Ciudad de Panama (ok. 5,5 h). Na wiele nie zostanie czasu tego dnia.
Dzień 14: Park Narodowy Soberania, rejs po jeziorze Gatun i spacer wzdłuż rurociągu (sendero del oleoducto). Jest co robić cały dzień, na miejscu można zobaczyć mnóstwo zwierząt.
Dzień 15: Wycieczka poza miasto – Isla Taboga. Było ok, ale w Panamie znajdziecie dużo ładniejsze plaże. Nie rozpaczałbym, gdybyśmy zamienili ten punkt programu.
Dzień 16: Wylot wieczorem, więc pozostaje pół dnia na miasto. I tu popełniliśmy ogromny błąd, bo zostawiliśmy sobie Panama Viejo na koniec. Tego dnia wypadał akurat poniedziałek, a w poniedziałki duża część muzeów jest zamknięta. Pozostało znaleźć sobie alternatywną rozrywkę i wracać do kraju.

Ciudad de Panama
- Podobnie jak w innych miastach Ameryki Łacińskiej, przed rezerwacją noclegu warto sprawdzić opinie na temat jego najbliższej okolicy. Poziom bezpieczeństwa pomiędzy dzielnicami bardzo się różni i lepiej nie trafić do takiej, w której strach wyjść wieczorem na ulicę. W dużym skrócie najlepszą opinią cieszy się „biznesowy” fragment miasta, np. okolice Iglesia del Carmen (jest tam też stacja metra). Casco Viejo (starówka) za dnia jest bardzo bezpieczna, ale po zmroku już nie bardzo. Pewne wyobrażenie na ten temat dają mapki przestępczości.
- Bezpiecznie na Casco Viejo jest mniej więcej od wysokości Cafe Coca-Cola albo tego komisariatu. Droga od metra (5 de Mayo) na starówkę prowadzi przez dzielnicę o słabej opinii. Nic się nam na spacerze nie stało, ale przy kolejnych razach nie kusiliśmy losu i zamawialiśmy w okolicy Ubera.
- Wzgórze Anton nie brzmi jakoś spektakularnie, ale gorąco polecam je odwiedzić – okolica jest pełna zwierząt (leniwce!), a w dodatku bardzo bezpieczna. Najlepiej zamówić ubera na początek szlaku na szczyt (mniej więcej tutaj, można i dalej), bo trasa od 5 de Mayo wygląda… no, tak sobie.
- Muzea i obiekty kultury są często zamknięte w poniedziałki. Nie zostawiajcie sobie ich na ten dzień.
- W Ciudad de Panama w dni powszednie panują ogromne korki, zwłaszcza na wjeździe/wyjeździe oraz w okolicy dzielnicy biznesowej. W tych godzinach lepiej unikać jakiegokolwiek transportu, a jeśli już musicie, to bierzcie metro lub Ubera (który może jechać objazdem i uniknąć korków, w których musi stać autobus).
- Na i z lotnisko Tocumen da się dojechać bez problemu metrem. Cała podróż trwa ok. 30-40 minut. Z linii 1 (czerwonej) trzeba się przesiąść na stacji San Miguelito do linii zielonej w kierunku Nuevo Tocumen Potem wysiadamy na 2 stacje przed końcem trasy (stacja Corredor Sur) i tam przechodzimy na sąsiedni peron, skąd odjeżdża pociąg na lotnisko (ta wydzielona linia ma chyba tylko 3 stacje). Przejazd dla jednej osoby kosztował grosze, coś pomiędzy 50 a 80 centów. W metrze jest bezpiecznie.
- Mapa całego transportu publicznego (schematyczna) dostępna jest tutaj.
- W Panamie mieliśmy też jeden z najfajniejszych noclegów w dobrej cenie, Bodhi Hostel (są pokoje prywatne). Z czystym sercem mogę go polecić.
Kanał Panamski
- Na miejsce, punkt widokowy Miraflores, da się dojechać bez problemu autobusem publicznym z Albrook. Autobus to C790 (ten jeździ częściej, ale trzeba potem jeszcze kawałek podejść pieszo) i C810 (podobno jeździ pod sam Miraflores, ale rzadko). Do zlokalizowania właściwego przystanku na Albrook można użyć Google Maps, działa nieźle w tej materii.
- Bilety na zwiedzanie Kanału można kupić online na tej stronie. Sprzedawane są od razu w pakiecie punkt widokowy + pokaz filmowy i nie znalazłem możliwości ich zamówienia osobno (chociaż w mailu otrzymujemy dwa osobne kody QR). Nie wiem, czy ich kupno przez Internet ma w sumie sens, na wejściu nie spotkaliśmy się z dużymi kolejkami. Na pewno najlepiej przyjechać na miejsce tak, aby móc obejrzeć poranne albo popołudniowe przeprawy (8:00 – 10:00 lub 14/15:00 – 17:00). Zostawcie sobie trochę czasu na obejrzenie filmu, bo jeśli go przegapicie (jak my), to nie jest on dostępny w żadnym innym miejscu w sensownej jakości. Znalazłem go na YT, ale jest to nagranie komórką filmu 3D i wygląda dokładnie tak, jak możecie to sobie wyobrazić.
- Mam mieszane uczucia co do Miraflores i ceny biletu wstępu. Z jednej strony Kanał trzeba zobaczyć, na pewno robi wrażenie. Z drugiej strony zarówno sam Kanał, jak i przepływające przez niego statki można zobaczyć np. podczas rejsu po jeziorze Gatun (a nim byliśmy zachwyceni). Stężenie „amerykańskiej” turystyki na Miraflores sięga zenitu – IMAX, popcorn, trybuna do oglądania statków i speaker z jankeskim akcentem.
- Jeśli będziecie jechali na Kanał własnym samochodem, znajomy Hiszpan polecał nam lokal Maagoo’s na tapas z rybami. Był nim zachwycony i mówił, że jest 100 razy lepszy od Mercado de Mariscos.
Isla Taboga
- Promy na wyspę organizują dwie firmy – Taboga Express (droższa) i Barcos Calypso (tańsza). Wybraliśmy tą lepszą, czyli tańszą. Bilety można kupić online pod tym adresem.
- Jeśli chcecie na wyspie wspiąć się na szczyt, to warto płynąć najwcześniejszym promem (wypływa ok. 8:00, podróż trwa ok. 40 minut – 1 h). Późniejszym (wypływa o 11) przypływa się w samo południe, kiedy skwar jest najgorszy. Na dodatek obowiązuje absurdalna zasada, aby być na przystani na godzinę przed wypłynięciem promu (na i z wyspy).
- Na wyspę nie wolno przywozić szklanych butelek. Po zejściu z promu trzeba też uiścić opłatę „środowiskową” w wysokości 1 USD.
- Na Isla Taboga znajduje się kilkanaście knajp, z których większość serwuje specjalność zakładu – rybę smażoną na głębokim tłuszczu. Jest zauważalnie drożej niż w Ciudad de Panama, ale za to ilość i jakość są niższe.
- Sama wyspa nie jest specjalnie spektakularna. Poza jednym kościołem brak tu jakichkolwiek zabytków, jest głośno i bardzo „panamsko”. Plus za autentyczność, ale w porównaniu z innymi plażami w Panamie (San Blas) Isla Taboga wypada średnio. Warto jechać, jeśli nie macie czasu i możliwości innego wyjazdu nad morze podczas pobytu w tym kraju.
- Na wyspie można też nocować, działa tu kilka hoteli. Isla Taboga mocno pustoszeje o 16, kiedy to odpływają ostatnie promy. Być może wieczorami jest tutaj przyjemniej, sam nie miałem okazji tego sprawdzić.
San Blas
- Korzystaliśmy z San Blas Dreams i mogę polecić tę agencję. Punktualnie, kontakt przez Whatsapp bez problemów. Cena to 175 USD/osoba za domek 8-osobowy (ale byliśmy w nim sami) plus 25 USD za późniejszy powrót (o 15:00 z wysp, moim zdaniem warto). Do tego 23 USD od osoby za wjazd na teren Guna. Część płatna jako zaliczka przez Internet wcześniej, reszta na miejscu gotówką.
- W Panama City znalazłem też ogłoszenie innej agencji (San Blas Tour, +507 679 55 975 / +507 8300 696), gdzie wycieczka z noclegiem kosztuje 148 USD, a bez noclegu 117 USD. Na pewno jest trochę taniej, ale nie mam pojęcia na jakim poziomie stoi organizacja.
- Spaliśmy na Chichime i ją też mogę polecić. Faktycznie, jest dość duża i stoi na niej kilka domków, ale nie było tłoku. Za dnia sporo turystów jednodniowych, po południu pusto i kameralnie. Widoki niesamowite, dość czysto (przeważnie). Wieczorem cisza i spokój.
- W cenie była też wycieczka na Perro Chico (z zatopionym statkiem). Super ładna, na miejscu jest bar, gdzie można sobie kupić coś do picia. Do tego po drodze odwiedziliśmy też baseny naturalne na środku morza.
- Warto zabrać ze sobą własne napoje/przekąski, bo o ile jedzenie jest wliczone w cenę (i jest dobre), to napoje są już dodatkowo płatne. Cena małej butelki wody na miejscu (0,6 l) to 1 USD. Na wyspie jest elektryczność oraz (podobno, bo nie korzystałem) wifi.
- Ogólnie warunki są trochę biwakowe. Ja tak lubię, ale nie każdemu musi to pasować. Prysznice są (rura z zimną wodą), toalety też (z normalną muszlą) i powoli kończę listę udogodnień. Warto zabrać ze sobą własny cienki śpiworek (albo prześcieradło podróżne), bo pościel swoje najlepsze lata ma za sobą.
- Jadąc na San Blas trzeba mieć ze sobą oryginał paszportu, bo to region autonomiczny Guna. Niestety, nie wbijali do paszportu swoich pieczątek.
Piłka nożna w Panamie
- Gdyby kogoś interesowała lokalna piłka nożna, to zachęcam do pójścia na mecz w Ciudad de Panama (w innych miejscach nie próbowałem). Na meczach jest bezpiecznie i w ogóle dość kameralnie. Poziom to typowe kopanie się po głowach, ale atmosfera jest fajna i bardzo lokalna. Wejściówki po 6 USD.
- Ważne – gdybyście sprawdzali miejsce spotkania, to flashscore i podobne portale w ogóle się do tego nie nadają. Lepiej sprawdzać na oficjalnej stronie Ligi albo (czego strasznie nie lubię) na Instagramie.
- Podczas pobytu odwiedziłem 3 stadiony: COS Sports Plaza (bardzo ładny i nowy, bezpiecznie, na miejsce jechałem uberem), Maracana (okazał się zamknięty, to długa historia. Na miejscu było trochę strasznie, bo mieści się tuż przy dzielnicy slumsów. Absolutnie odradzam podróż na miejsce pieszo, bezpieczniej będzie uberem) oraz Estadio Rommel Fernández (największy, stadion olimpijski, otwarta była tylko jego połowa, bo kibiców było raptem kilkuset).
- Podobno można kupić bilety jakoś przez Internet, ale ja dwukrotnie robiłem to po prostu w kasie. Nie był potrzebny dowód/paszport.
- Na wszystkich meczach czuliśmy się bardzo bezpiecznie i w ogóle odnosiliśmy wrażenie, że na piłkę w Panamie chodzi raczej klasa średnia. Na trybunach było też sporo dzieci.
Park Narodowy Soberania
- Koniecznie trzeba go odwiedzić będąc w Panamie. Fajnym pomysłem jest rejs po jeziorze Gatun i podziwianie znajdującej się tu fauny (małpy, krokodyle, ptaki, żółwie). Po dłuższych poszukiwaniach znaleźliśmy kontakt do Panamczyka (+507 6617 0928), który bezpośrednio zarządza łódkami na miejscu. Koszt 2,5 h rejsu wyniósł nas 50 USD od osoby i uważam, że był wart swojej ceny. Oferty agencji/biur są niekiedy nawet dwukrotnie droższe. Przez Whatsapp zarezerwowaliśmy sobie rejs na konkretną godzinę, a potem dostaliśmy polecenie, aby pojawić się na przystani w Gamboa i pytać o Pumę. Nie było to tak skomplikowane jak brzmi, bo faktycznie wszyscy go znali. Płatność, oczywiście, gotówką.
- Do Gamboa kursuje transport publiczny, ale z niego nie korzystałem. W jedną stronę pojechaliśmy Uberem (ok. 21 USD), a wracając przegapiliśmy ostatni autobus (odjeżdżał ok. 17:00 mniej więcej stąd)
- Polecam też szlak Oleoducto – można nim przejść zarówno 1 kilometr, jak i 17. Mnóstwo zwierząt i okazji do ich podziwiania. Pierwsze 2 km można przejść za darmo, potem trzeba mieć wykupioną wejściówkę do parku (do kupienia za 5 USD, ale wyłącznie online na tej stronie ). Sprawdzał je strażnik na początku szlaku (czyli przed tymi 2 darmowymi kilometrami), więc niby istnieje tu przestrzeń do kombinowania, ale moim zdaniem nie ma to sensu. Szlak potrafi być bardzo dziki, chociaż cały czas biegnie po szutrowej drodze, więc warto patrzeć pod nogi (węże) i zaopatrzeć się w Muggę.
El Valle de Anton
- Do El Valle odjeżdżają autobusy z Albrook w Panama City. Bilet kosztuje ok. 4,5 USD od osoby (płatne w kasie biletowej). Trzeba mieć RapiPass, aby przejść przez „bramki” do autobusu, ale nas ostatecznie przepuściła pani bileterka na ładne oczy (tzn. mojej żony, bo moje to tak sobie).
- Z Anton jechaliśmy w kierunku Santiago. Nasz gospodarz polecił nam busa jadącego najpierw do Penonome (spróbujcie to wymówić), a potem łapanie czegoś do Santiago. Poszło bardzo sprawnie. W El Valle bus odjeżdżał spod supermarketu El Cruce, a potem zajeżdżał jeszcze na przystanek naprzeciwko targu. Bilet za chyba 6 USD/2 osoby. Potem bus do Santiago łapany na przystanku w Penonome kosztował chyba 10 USD/2 osoby. Wszystko poszło całkiem sprawnie, wyszliśmy z domu 8:15, a 11:30 już odbieraliśmy auto w Santiago.
- Trasa na India Dormida i jeszcze dalej, aż po Chorro Las Mozas zajął nam większość dnia. Dobrze oznaczony, ale momentami bywał trudny (zwłaszcza zejście z India Dormida w kierunku dalszej trasy). Na wejściu płaciło się za wstęp, ale nie pamiętam, ile dokładnie.
- Chorro Las Mozas normalnie kosztuje 2 USD, zamyka się ok. 15:00. Jeśli nie boicie się zemsty duchów lasu (i Panamczyków), to po tej godzinie też możecie wejść na wodospady. Droga zamknięta jest zwykłym łańcuchem.
- Na szlak El Gaital można dojechać autobusem jadącym w kierunku La Mesa (mniej więcej tutaj), odjeżdżającym z przystanku naprzeciwko głównego targu. Autobus to może słowo lekko na wyrost, bo pojazd okazał się pick-upem z plandeką na pace. Rozkład jazdy najprawdopodobniej nie istnieje, my czekaliśmy na samochód blisko 1,5 h. Przejazd kosztuje 1 USD/osoba, kierowca wyrzuci was na skrzyżowaniu jakieś 200 metrów od początku szlaku na El Gaital. Taksówkarze życzą sobie za tę trasę 10-15 USD, ale nie skorzystaliśmy z ich usług. Wracaliśmy pieszo (ładna trasa i w dodatku w dół), a po jakimś czasie złapaliśmy kolejnego pick-upa jadącego do centrum.
- Szlak na El Gaital składa się z dwóch etapów – pierwszy to pętla o umiarkowanej trudności (łatwiejsze podejście jest lewą jej stroną, idąc od strony wejścia). Po dotarciu na punkt widokowy można iść dalej, ale podobno trasa staję się mocno wymagająca i warto mieć przewodnika. My odpuściliśmy ten etap.
Park Narodowy Sarigua
- Przed wejściem do parku trzeba okazać wejściówkę kupioną na stronie ministerstwa (5 USD od osoby). Całość zajęła nam ok. 2 h spaceru, przy czym nie poszliśmy do kamieniołomu. Ścieżki bywają słabo oznaczone (albo i wcale), ale trudno się tam mimo wszystko zgubić.
- Na miejsce najlepiej dojechać własnym samochodem. Większość drogi jest zupełnie ok (przynajmniej dla Hyundai i20), a wyłącznie ostatnie 200 m to nawierzchnia szutrowo-głazowa. Podobno da się dojechać jakoś transportem publicznym do Parita, a potem łapać taksówkę pod bramę parku, ale tego nie próbowałem.
- Podczas naszej wizyty wieża widokowa była zamknięta. Zamknięto również ścieżkę przez suchy las deszczowy (El Armadiilo), ale tak jakby przeoczyliśmy taśmę zagradzającą wejście na szlak.
- Na miejscu potrafi być naprawdę gorąco, warto zabrać ze sobą wodę (sklepu nigdzie nie widziałem).
Karnawał w Panamie (Las Tablas)
- Największe obchody karnawału w Panamie (podobno większe niż w stolicy), z defiladą, muzyką i polewaniem się wodą. Co roku zaczynają się w trochę innym terminie (jak to karnawał), więc trzeba śledzić lokalne newsy. I tu pojawia się problem – absolutnie brak oficjalnych informacji, a wszystkie ogłoszenia zamieszczane są na … Instagramie. Nie liczcie też na oficjalny terminarz albo harmonogram rozrywek.
- Ogólnie w karnawałowy piątek zabawa zaczyna się (podobno) po południu i koronowane są królowe dwóch rywalizujących dzielnic. Potem impreza, muzyka i taniec.
- W sobotę od rana trwa polewanie się wodą na skalę praktycznie przemysłową. Kończy się ok. 16:00, po czym ulice są sprzątane, a ludzie idą coś zjeść i się przebrać. Około 21:00 zaczyna się uliczna dyskoteka i przygotowania do defilady.
- Co roku defilada jest o innej godzinie, podobno zwykle zaczyna się między 24:00 a 1:00 w nocy. My nie wytrzymaliśmy do jej rozpoczęcia, ok. 0:30 poszła plotka, że jedna z platform wymaga naprawy i nie wiadomo, kiedy zacznie się wydarzenie. Z tego powodu przyśpieszono pokaz sztucznych ogni (spory, faktycznie).
- W trakcie karnawału nie da się znaleźć wolnego noclegu nie tylko w Las Tablas czy okolicznych miasteczkach, ale wręcz na całym półwyspie. My wracaliśmy w środku nocy 2 h do Santiago, bo tam znaleźliśmy pierwszy wolny obiekt (a szukaliśmy na miesiąc przed wydarzeniem). Z perspektywy czasu wydaje mi się, że najlepiej byłoby spać na miejscu w samochodzie i wracać rano. Impreza trwa praktycznie do świtu.
- Nie bardzo wiem, co dokładnie dzieje się w kolejne dni, ale Panamczycy streścili mi to mniej więcej tak: picie piwa, muzyka, picie rumu, zabawa, a potem picie co tylko się da. I tak przez łącznie 4 dni.
- Po drodze stoi mnóstwo patroli Policji, więc lepiej jechać zgodnie z przepisami i zachować wstrzemięźliwość, jeśli chodzi o trunki.
- Podczas poruszania się po mieście zatrzymała nas Policja celem wylegitymowania. Nie mieliśmy ze sobą oryginałów dokumentów, ale wystarczyły im zdjęcia pokazane na telefonie (po chwili negocjacji).
- Znalezienia miejsca do zaparkowania wieczorem potrafi być dużym wyzwaniem. Nawet jeśli udało wam się zostawić auto, to warto do niego zajrzeć za jakiś czas – nasze zostało odgrodzone taśmą, a jakiś pan Panamczyk zażyczył sobie za parkowanie 5 USD. Ofertę przyjęliśmy, bo to akceptowalna stawka za „trochę” strzeżony parking. U konkurencji po sąsiedzku obowiązywały podobne ceny.
Santa Catalina i Isla Coiba
- W Santa Catalina mieliśmy nocleg z najładniejszym widokiem w Panamie – Rancho Estero. Mogę go śmiało polecić, cena też nie była jakaś zatrważająca.
- Jak większość przyjezdnych, popłynęliśmy na Isla Coiba. Korzystaliśmy z oferty Unlimited Adventures Coiba – rezerwację zrobiliśmy przez WhatsApp, potem płatność za całość na miejscu w gotówce (150 USD za dwie osoby – dostaliśmy jakąś zniżkę) w dniu wycieczki. Ogólnie organizacja była ok, chociaż trochę chaotyczna. Wypływaliśmy łódką z plaży ok. 9, powrót ok. 16-17.
- Snorkelling na Isla Coiba jest niesamowity, o ile ktoś umie pływać. Jeśli tak sobie radzicie sobie z wodą, to … da się to zrobić, ale jest to lekko przerażające doświadczenie. Przed wyjazdem kontaktowaliśmy się z organizatorem i zarzekał się, że na pewno można pływać na płytszej wodzie (z wyspy), no ale rzeczywistość pokazała co innego. Wyskakuje się z łódki w płetwach i masce (ja wziąłem jeszcze kamizelkę, co gorąco polecam) i na pierwszej miejscówce pływa ok. 40 minut. W tym czasie łódka popłynęła wysadzić jedną parę, która nie wchodziła do wody, na brzegu okolicznej wyspy. Na drugiej miejscówce był bardzo silny prąd i bez pomocy lepiej pływającej ode mnie żony miałbym problemy. Na trzeciej byłoby ok, gdyby nie fakt, że prawie się zgubiłem. Jeśli jednak nie jesteście w wodzie podobnym do mnie antytalentem, to będzie się wam podobać. W morzu można zobaczyć dobrze zachowaną rafę koralową, rekiny, ogromne żółwie, ośmiornice, węże morskie i całą masę ryb. Podczas wycieczki zwiedza się też dwie wysepki (i robi mały trekking na szczyt jednej z nich). Na miejscu można zobaczyć papugi, małpy i krokodyle. Ogólnie jest to jedno z najciekawszych miejsc w całej Panamie.
- Santa Catalina bardzo szybko się rozbudowuje. Na każdym kroku powstawały nowe knajpy i pewnie za kilka lat będzie to prawdziwy kurort. Nie zmienia to faktu, że obecnie nadal infrastruktura lekko kuleje – są tu może ze dwa sklepy i jeden warzywniak.
- Plaża w Santa Catalina (Playa Estero) jest super, nawet jeśli nie surfujecie. Miejscowi z kolei zdają się preferować Playa Santa Catalina.
Boquete
- Centrum miasteczka jest takie sobie, za to ładne są tereny wzdłuż rzeki i park miejski.
- Najpopularniejsze dwa szlaki znajdują się w miarę blisko siebie – Cascada Escondida (nosi też nazwę Pipeline) i Las Tres Cascadas. Pierwszy jest ładny, zróżnicowany i umiarkowanie trudny. Wejściówka to chyba ok. 7 USD/osoba, na przejście potrzeba około 2 h, może trochę więcej. Na miejsce najłatwiej dojechać własnym samochodem, ale pod wejściem widzieliśmy też ludzi czekających na przystanku, więc pewnie jakiś transport tu jeździ.
- Wejście na Las Tres Cascadas jest trochę dalej (droga wiedzie mocno pod górę od Cascadas Escondidas). Wstęp kosztuje 10 USD. Idąc szlakiem ignorujemy znak na 1 wodospad (zobaczymy go w drodze powrotnej) i idziemy prosto na 2. Trasa jest do tego momentu dosyć prosta. Wejście z 2 na 3 jest dużo trudniejsze technicznie, trzeba się trochę wspiąć po linach i ubrudzić (było ślisko, a wchodziliśmy w miarę suchego dnia). Potem wracając z 2 schodzi się na wodospad nr 1.
- Wejście na wulkan Baru – sam nie próbowałem, bo tego dnia była fatalna pogoda i nie byłem przekonany do tego pomysłu. Popularne jest wchodzenie na niego w środku nocy, co sam uważam za lekko absurdalne. W ciągu dnia też można, ale trasa zajmuje w obie strony ok. 11-13 h i podobno jest mało urozmaicona. Agencje w Boquete organizują też wejścia z przewodnikiem (za dnia) w cenie 99 USD/osoba, co wydało mi stawka z kosmosu za hike.
- El Pianista – o tym szlaku napisano książki i nie były to wcale powieści podróżnicze. Kilkanaście lat temu (w 2014 r.) zaginęły na nim dwie holenderki, których kilka kości odnaleziono w prowincji Bocas del Toro. Jednym z wyjaśnień przyczyn tragedii było to, że kobiety zabłądziły na szlaku. Więcej na temat istniejących teorii spiskowych można poczytać na przykład tutaj. Według moich informacji trasa po dziś dzień jest tragicznie oznaczona i bardzo łatwo na niej o błąd, a w dodatku po drodze nie ma zasięgu. Szlak też nie jest ujęty na żadnych mapkach turystycznych regionu, czyli zupełnie tak, jakby władze nie zachęcały do jego odwiedzania. Niektórzy podróżni wspominają też o bezpańskich agresywnych psach na trasie. Wszystko powyższe plus fatalna pogoda tego dnia mocno zniechęciły nas do wspinaczki. Jeśli się zdecydujecie, warto rozważyć przewodnika, a co najmniej bardzo dobrze prześledzić wcześniej zdjęcia trasy i wszystkich jej rozwidleń.
- Niedawno na nowo otworzono Sendero El Quetzal. Trasa prowadzi przez bardzo gęsty las i jest równie urokliwa, co dzika. Aby dojść do pierwszego punktu widokowego potrzebujecie ok. 3-3,5 h. Nam zabrakło trochę czasu, więc zawróciliśmy wcześniej, żeby zdążyć przed zmrokiem. Ogólnie bardzo ładna, ale – niestety – quetzali nie widzieliśmy. Wejście jest za darmo. Szlak położony jest trochę dalej w górach, więc na miejscu pada o wiele częściej niż w samym Boquete.
- Bardzo dobre jedzenie było w tej knajpie – the Fish House.
Newsletter All Exclusive
Dostajesz za mało spamu? Jest na to sposób.
Zapisz się do newslettera All Exclusive i otrzymuj powiadomienia o najnowszych wpisach, artykułach i zmianach na stronie. W ten sposób nigdy nie przeoczysz przepisu na nowatorską nalewkę albo kolejnej historii podróżniczej. Obiecuję, że wiadomości nie będzie dużo, bo i jakiekolwiek nowe treści pojawiają się tu sporadycznie.

