|

Piłka nożna w Panamie

Poniższy artykuł powstał jeszcze przed meczem Polski ze Szwecją, w wyniku którego nasza reprezentacja ostatecznie pożegnała się z planami wyjazdu na Mistrzostwa Świata. Przyznaję się bez bicia, że wtedy byłem jeszcze święcie przekonany o naszym awansie. Jak wyszło w rzeczywistości, sami wiecie najlepiej.

W październiku 2017 roku męska reprezentacja Panamy po raz pierwszy w historii zakwalifikowała się na Mistrzostwa Świata. Roman Torres, strzelec bramki z 87 minuty w meczu przeciwko Kostaryce, z miejsca wszedł w poczet bohaterów narodowych, niczym Sebastian Mila po pamiętnym meczu z Niemcami w naszej części świata. Nawiązanie nie jest przypadkowe, bo to zwycięstwo miało podobny wymiar społeczny dla Panamczyków. Sąsiednia Kostaryka jest bogatsza, popularniejsza, a w dodatku jeszcze silniejsza sportowo. Nic dziwnego, że kraj oszalał, a kilka godzin po spotkaniu Prezydent Juan Carlos Varela napisał na Twitterze: “Głos ludu został wysłuchany… Jutro będzie święto narodowe”. 

Chociaż technika ogłaszania dekretów za pomocą mediów społecznościowych pozostaje dyskusyjna, to cała sytuacja zdaje się świadczyć o ogromnej miłości Panamczyków do piłki nożnej. Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. W tym samym czasie, kiedy kraj oszalał na punkcie swojej reprezentacji, mecze ligowe dosłownie świeciły pustkami, gromadząc średnio zaledwie kilkuset widzów na mecz. Sytuacja chwilowo poprawiła się na fali kwalifikacji do Mundialu, co nie zmienia faktu, że nadal sportem numer jeden w Panamie pozostaje baseball. Natomiast piłka nożna, przede wszystkim w wydaniu Liga Panameña de Fútbol (odpowiednik naszej Ekstraklasy), pozostaje rozrywką w najlepszym wypadku niszową. Rysuje się tu więc spora rozbieżność pomiędzy odnoszącą sukcesy reprezentacją, która w tym roku ponownie zagra na Mistrzostwach Świata, a krajową ligą, na którą przychodzą wyłącznie piłkarze, ich rodziny oraz kilku zapaleńców. Do żadnej z tych grup bym się nie zaliczył, ale w lutym ’26 udało mi się na żywo zobaczyć dwa mecze w ramach wspomnianej LPF, Panamskiej Ligi Futbolu. Na podstawie tych dwóch spotkań, kilku rozmów, kilkudziesięciu artykułów i potężnej dozy konfabulacji spróbuję przybliżyć Wam odrobinę obraz panamskiej piłki nożnej Anno Domini 2026.

Informacji na ten temat w polskim Internecie jest jak na lekarstwo, więc czerwcowe mecze Panamy z Anglią, Ghaną i Chorwacją będą spotkaniami podwyższonego ryzyka, jeśli chodzi o radosną twórczość komentatorów sportowych. Na szczęście nasi rodzimi specjaliści mają w tym zakresie łatwiej, bo szanse na spotkanie w tych rozgrywkach Polski i Panamy są co najwyżej “matematyczne”. A szkoda, bo przynajmniej na papierze mogłoby być to całkiem wyrównane spotkanie – obydwie drużyny dzieli w obecnym rankingu FIFA wyłącznie jedna pozycja. I to wcale nie Polska zajmuje w nim wyższą lokatę. Gdybyście mimo to byli zainteresowani panamskim futbolem, to zapraszam na krótki przegląd panamskiej kadry, ligi, stadionów i piw serwowanych na trybunach tych ostatnich.

Los Canaleros, czyli Kanalarze

Bycie kanalarzem to powód do dumy, w czym Panamczycy zdają się zgadzać z Tadeuszem Norkiem. Los Canaleros, po naszemu Kanalarze, to właśnie oficjalny przydomek drużyny narodowej. Jego pochodzenie jest dość oczywiste, bo Kanał Panamski stanowi najbardziej rozpoznawalny atrybut tego kraju. Inna sprawa, że w tym niewielkim państwie jest akurat znacznie więcej atrakcji do zobaczenia, ale to temat na inną okazję. Panamska drużyna narodowa nazywana jest też niekiedy La Marea Roja, Czerwona Fala, w czym duża zasługa muzycznego przeboju z 2000 roku. Popularny wówczas raper Papa Chan nagrał przed meczem z Meksykiem utwór o tym samym tytule, który miał zagrzewać zawodników do walki. Hit na tyle się przyjął, że stał się nieoficjalnym hymnem panamskiej drużyny i bywa grany na jej meczach. Swoją drogą, największym marzeniem Papa Chana było zakwalifikowanie się Panamy na Mundial, lecz niestety, nie dożył już tego wydarzenia. Tak czy inaczej, jego utwór zestarzał się zauważalnie lepiej, niż pochodzące z podobnej epoki “Do boju Polsko” Marka Tokarzewskiego. 

Obecnie drużyna narodowa Panamy ewidentnie jest na fali, być może nawet czerwonej. Symbolicznie widać to choćby po rankingu FIFA, w którym w ciągu dwudziestu lat Panamczycy przeskoczyli równo 100 pozycji, meldując się w marcu 2026 na 33 miejscu. Jeszcze bardziej namacalnie widać to po ostatnich wynikach – zaliczyli kwalifikację na dwa Mundiale pod rząd oraz srebrny medal w amerykańskiej Lidze Narodów w 2025 roku, w dodatku po wyeliminowaniu USA w półfinale. Zauważalnie słabiej poszło Panamczykom na ich pierwszych Mistrzostwach w Rosji w 2018 roku, gdzie dostali w czapkę od wszystkich drużyn w grupie. Nie zdobyli na nich żadnego punktu, ale udało im się strzelić aż dwa gole – jeden Anglii (!) i jeden Tunezji, przez co po powrocie do kraju piłkarze i tak byli witani przez kibiców jak bohaterowie. Trudno więc mówić o wielkich oczekiwaniach przed Mundialem 2026, stąd Thomas Christiansen, trener drużyny, na pytania dziennikarzy odpowiada typową mową-trawą o walce, zaangażowaniu i ciągłym rozwoju. Bardziej optymistycznie wypowiada się prezydent kraju, José Raúl Mulino, który wybiera się na mecz z Ghaną i wieszczy pierwsze zwycięstwo na Mistrzostwach Świata. Cóż, to dość odważne stwierdzenie z jego strony, bo bukmacherzy stoją raczej po stronie zespołu z Afryki. Na pytanie, kogo warto obdarzyć większym zaufaniem – polityków czy bukmacherów, niech każdy odpowie sobie już we własnym zakresie. 

Stadionem kadry jest Estadio Rommel Fernández, położony w stolicy, Ciudad de Panama. Jest to największy obiekt w kraju, mieszczący nawet 32 000 widzów, przez co w naturalny sposób stał się domem reprezentacji Panamy. W praktyce jest z nim lekki problem, bo z uwagi na bieżnię wokół boiska bardziej przypomina on stadion lekkoatletyczny. Nie ma się przy tym co dziwić, bo w panamskich realiach z samego futbolu trudno byłoby go utrzymać. W trakcie trwania ligi swoje mecze rozgrywają na nim dwa stołeczne kluby, Alianza i Tauro, co teoretycznie ma pomóc w tym, aby stadion nie generował strat przez większość czasu. W rzeczywistości rozwiązanie to dalekie jest od ideału. Przy obecnej frekwencji na meczach ligowych, na obiekt przychodzi w najlepszym wypadku grupa … kilkuset kibiców. Wygląda to przedziwnie, bo przy 32 000 miejsc pojemności zajętych jest co najwyżej kilka procent krzesełek. Wśród pozostałych biegają za to dzieciaki, które przyszły z rodzicami na mecz, ale najwidoczniej bardziej od widowiska interesuje ich zabawa w chowanego na pustym stadionie. Patron samego obiektu, Rommel Fernandez, był z kolei swego czasu jednym z najpopularniejszych piłkarzy w historii kraju. W latach 90-tych rozegrał w LaLiga ponad 100 spotkań i stanowił filar reprezentacji. Kiedy w 1993 roku zginął tragicznie w wypadku samochodowym, Panamczycy niezwłocznie ochrzcili stadion jego imieniem. 

Nazwiska piłkarzy kadry mówią cokolwiek wyłącznie skrajnym pasjonatom latynoskiego futbolu. Na dodatek Thomas Christiansen zdaje się mocno rotować piłkarzami, co już w ogóle czyni ustalenie przewidywanego składu na Mundial zadaniem z pogranicza sportu i tasseomancji. Wynika to pewnie z tego, że cały kraj ma jakieś 4,5 miliona mieszkańców, więc każdy wyróżniający się piłkarz (a nie jest to sport pierwszego wyboru) ma szansę na przynajmniej “próbny” występ w drużynie narodowej. 

Kapitanem zespołu i zawodnikiem z największą liczbą występów w historii kadry jest defensywny pomocnik Anibal Gody, na co dzień grający w San Diego, MLS. Z kolei teoretycznie najdroższym piłkarzem pozostaje Amir Murillo z tureckiego Besiktas, którego Transfermark wycenia na jakieś 8 milionów euro. Do tego jest jeszcze jeden zawodnik z Norwich City i jeden ze Slovana Bratysława, ale poza nimi większość kadry trzyma się zachodniej półkuli. Najwidoczniej też duński trener nie darzy specjalną estymą ligi panamskiej, bo jej przedstawicieli jest w drużynie narodowej jak na lekarstwo. Jeśli w ogóle się pojawiają, to grają przeważnie w stołecznym Plaza Amador, ewentualnie w Independiente lub Sporting San Miguelito. Sami przyznacie, że nie jest to skład, który mógłby spędzać sen z powiek analitykom Ghany, że o Anglikach i Chorwatach już nawet nie wspomnę. Swoją drogą, w Panamie miałem szczęśliwie okazję zobaczyć na żywo jeden mecz Plaza Amador,  podczas którego nawet udało mi się wyłowić kilku kadrowiczów. Niestety, pozostałych zawodników kadry Panamy na żywo nie widziałem, więc i nie będę udawał, że cokolwiek mam na ich temat do powiedzenia.

Skład reprezentacji Panamy z towarzyskiego meczu z Meksykiem, 23.01.2026. Źródło.

Panamska Liga Futbolu

Z punktu widzenia europejskiego widza liga panamska jest tak zagmatwana, że brakuje w niej już chyba tylko konkursu robienia kapek i takiej weselnej zabawy z odstawianiem krzeseł. Mimo wszystko spróbujmy ująć ten chaos w jakieś ramy. 

Od 2021 roku obowiązuje w Panamie nowy format rozgrywek, który i tak co sezon jest mniej lub bardziej modyfikowany. W najwyższej lidze gra 12 zespołów, podzielonych na dwie dywizje – wschodnią i zachodnią. W dużym skrócie, wschodnia to stołeczny Ciudad de Panamá i okolice, a zachodnia to cały interior. Rozwiązanie może wydawać się dziwne, ale powiedzmy, że jest w miarę spójne z miejscowymi realiami i pozwala zaoszczędzić trochę na dojazdach na mecze. Drużyny grają więc po dwa spotkania z innymi zespołami ze swojej dywizji i po jednym z dywizji przeciwnej. Wychodzi łącznie 16 kolejek, po których kończy się faza zasadnicza. 

Tu pojawia się pierwsze udziwnienie. Po części zasadniczej zaczyna się faza play-off, podczas której najlepsze drużyny z każdej dywizji grają ze sobą quasi-turniej. Jego szczegółową konstrukcję już sobie odpuścimy, dość powiedzieć, że na koniec play-off wyłaniany jest mistrz ligi. A teraz ciekawostka – w ciągu roku rozgrywane są … dwa sezony, o wdzięcznych nazwach Apertura (“otwarcie”, wiosenny) i Closura (jesienny, “zamknięcie”) i każdy z nich może mieć innego zwycięzcę. Zdarza się więc, że Panama posiada dwóch mistrzów jednego roku, co na pewno pomaga w zapełnieniu klubowej gabloty, ale przejrzystości rozgrywkom nie dodaje. Od kilkunastu lat Panamczycy zrezygnowali nawet z organizacji dodatkowego meczu pomiędzy mistrzami celem wyłonienia tego z większymi cojones. Najzwyczajniej w świecie każdy sezon kończy się pełnoprawnym tytułem mistrzowskim, a obydwa zespoły (o ile, oczywiście, były to różne drużyny) uzyskują prawo do reprezentowania Panamy w rozgrywkach międzynarodowych

Gdybyście jeszcze nie wiedzieli, Panama pozostaje pod silnym wpływem kultury amerykańskiej. Przejawia się to w samochodach jeżdżących ulicami stolicy, wszechobecnych budkach z hot-dogami, walucie (w Panamie powszechnie posługują się dolarem amerykańskim, choć formalnie mają też własną walutę Balboa) i w pewien sposób również w organizacji ligi piłkarskiej. Obowiązuje w niej bowiem system zbliżony do MLS, gdzie o awansie lub spadku z ligi w drobnym stopniu decyduje poziom sportowy, a w ogromnym kwestie finansowo-administracyjne. Koronnym przykładem na to jest fakt, że z najwyższej ligi … nie da się spaść. Precyzyjnie rzecz biorąc, nie da się spaść w 2026 roku, bo przepis ten raz obowiązuje, a raz jest zawieszany. Aktualnie obowiązuje, ale konia z rzędem temu, kto przewidzi decyzje działaczy na kolejny sezon. Formalnie ładnie nazywa się to modelem “franczyzowym”, a nieformalnie na pewno można by to określić bardziej dosadnie. Jak każdy zabetonowany układ, rozwiązanie to przynosi wiele korzyści, chociaż wyłącznie wąskiej garstce wybrańców. 

Wszystko powyższe ma w teorii sprawić, że liga będzie bardziej atrakcyjna i hurtowo dostarczać będzie sportowych emocji. Sezony są krótkie, w fazie play-off mecze “o wszystko” wypadają średnio raz na tydzień, a na dodatek mistrz wyłaniany jest co pół roku. Na papierze wygląda to jak przepis na sukces i pewnie tak też ten pomysł sprzedawali działaczom spece od marketingu. Na wielkich planach, niestety, raczej się kończy, bo krajowy futbol nadal nie ściąga na stadiony tłumów. Kilkuset kibiców na każdym meczu to w zasadzie sama dalsza rodzina i przyjaciele piłkarzy, co trudno uznać za sukces frekwencyjny. Może sukces kadry na Mistrzostwach Świata przyciągnie w przyszłości również tłumy na stadiony ligowe, ale w to zdają się wierzyć wyłącznie najwięksi optymiści i politycy. 

Jeden mecz, dwa stadiony

Poziom zainteresowania Panamczyków swoją ligą jest mniej więcej zerowy. Od nikogo nie udało nam się wyciągnąć żadnych informacji lub rekomendacji, no może poza tą, że najlepiej to zostać w barze i obejrzeć Lewandowskiego w La Liga. Mimo to uparliśmy się na spotkanie na żywo i po przejrzeniu terminarza ustaliliśmy, że w Panamie mamy szansę załapać się na spotkania CD Plaza Amador z Herrera FC oraz Alianzy z Veraguas United F.C. Problem w tym, że nie bardzo wiedzieliśmy, gdzie mają się odbyć. 

Z informacji znalezionych w Internecie wynikało, że gospodarz, Plaza Amador, rozgrywa swoje mecze na stadionie o wdzięcznej nazwie Maracana. Nie mając za bardzo kogo się o to zapytać, potwierdziliśmy to jeszcze na którejś ze stron w rodzaju Flashscora i zamówiliśmy Ubera pod wskazany adres. Nasz kierowca zapewnił nas, że na meczach klubowych jest bardzo spokojnie, bo w zasadzie nikt na nie nie chodzi. Uprzedził nas tylko, że Maracana znajduje się w dzielnicy o wyjątkowo słabej reputacji i najlepiej byłoby dla nas, gdybyśmy nie kręcili się zbytnio poza stadionem. W ramach dydaktyki przejechał się z nami po bocznych uliczkach, aby podeprzeć swoje słowa konkretnymi obrazami. Trochę też wątpił, czy na pewno dobrze sprawdziliśmy datę meczu, ale screen z Flashscora rozwiał jego wątpliwości i żegnając się miło, wyrzucił nas przed głównym wejściem. 

Jakieś dwie minuty później byliśmy bogatsi o dwie życiowe lekcje – po pierwsze, w Panamie miejsce spotkania należy sprawdzać wyłącznie na stronie ligi albo Instagramie drużyn, a po drugie – pusty stadion w dzielnicy slumsów to jedno z ostatnich miejsc, w których chcesz znajdować się po zmroku. Na dodatek panamska Maracana w niczym nie przypominała swojego brazylijskiego odpowiednika, więc wyjątkowo nie patrząc na koszty, zamówiliśmy kolejnego Ubera w losowo wybrane miejsce na mapie. Będąc już w samochodzie doczytaliśmy, że Plaza Amador przeniosła się na nowy stadion COS Sports Plaza, położony po zupełnie innej stronie stolicy. Wyliczyliśmy jednak, że przy dobrych wiatrach nadal możemy zdążyć mniej więcej na czas, więc podjęliśmy kolejną próbę dotarcia na właściwy stadion. 

Podczas podróży mieliśmy wystarczająco dużo czasu, aby pogadać z naszym nowym kierowcą. Ten przez całą drogę przekonywał nas, że na stadionie grają dzisiaj wyłącznie juniorzy, a i tak nie był pewien, czy przypadkiem nie odbywa się tam po prostu zwykły trening. Na potwierdzenie swoich słów zadzwonił do szwagra, którego najpierw poprosił o 5 dolarów na przejazd płatną obwodnicą, a potem zapytał go o mecz. Rzeczony szwagier, określony jako “spec od futbolu”, sam nie był pewien i przez moment też przychylał się do teorii o meczu treningowym. Dolary jednak pożyczył, więc niezależnie od rodzaju spotkania, przynajmniej mieliśmy szansę zdążyć na nie przed pierwszym gwizdkiem. 

Stadion Maracana. Ewidentnie zamknięty i ewidentnie niezbyt zachęcający.

Plaza Amador vs Herrera FC

Tym razem poszło nam zdecydowanie lepiej, bo na miejscu faktycznie rozgrywał się mecz panamskiej ekstraklasy. I to nie byle jaki, bo Plaza Amador to jeden z najsilniejszych zespołów ligi, a w dodatku pracodawca największej liczby reprezentantów Panamy nadal grających w kraju. Oznaczało to, że albo szwagier nie jest takim ekspertem, na jakiego pozuje, albo faktycznie krajową ligą nie interesuje się tu dosłownie nikt. 

Jeszcze przy kasie biletowej musieliśmy określić swoje sympatie klubowe. Istotnie pomógł nam w tym cennik, bo bilet na sektor gospodarzy kosztował 6 USD, a ten na sektor gości o dolara więcej. Uznaliśmy się więc za kibiców Plaza Amador od kilku pokoleń i z tańszymi biletami udaliśmy się na stanowisko kontroli. Szczęśliwie ochroniarze podchodzili do swoich obowiązków bardzo po latynosku, więc na obiekt udało nam się wnieść dwie małe puszki Balboa, czyli jakby nie patrzeć, głównego sponsora imprezy. Ten zapobiegliwy ruch nie okazał się konieczny, bo na nowiutkim stadionie COS Sports Plaza w razie czego można było się zaopatrzyć we wszystko, od butelki rumu po buty sportowe. Mimo wszystko na wszelki wypadek woleliśmy nie kusić losu i nie jechać na mecz zupełnie nieprzygotowani. Na zwiedzanie obiektu nie było jednak czasu, bo przez całe zamieszanie z dojazdem na miejsce dotarliśmy jakieś 5 minut po rozpoczęciu spotkania. Przynajmniej nie mieliśmy za to problemu ze znalezieniem sektora gospodarzy, bo na stadionie trybuna była tylko jedna, w dodatku w całości zajęta przez kibiców Plaza Amador. Rozsiedliśmy się więc na plastikowych krzesełkach i w końcu mogliśmy rzucić okiem na murawę. 

Przez pierwsze 20 minut spotkanie stanowiło prawdziwy pokaz wirtuozerii w kopaniu się po głowach. Obydwie drużyny grały równie radośnie, co nieskutecznie, konkurując ze sobą przede wszystkim w statystyce strat i kiks. Niekiedy też piłkarze wchodzili w całkiem efektowne dryblingi, których jednak jedynym skutkiem były kolejne straty i analogiczne zabawy z piłką drużyny przeciwnej. Sytuacja trochę zmieniła się w 29 minucie, kiedy to Plaza Amador w końcu zagrała typową lagę do przodu, zamienioną po chwili na bramkę przez niejakiego Jose Murillo. Od tego momentu Herrera wyraźnie opadła, a przed przerwą gospodarze władowali im jeszcze jedną bramkę. 

Dużo ciekawiej niż na boisku działo się za to przez ten czas na trybunach. W zasadzie przez całą pierwszą połowę trwała na niej impreza taneczno-muzyczna, która nabierała coraz więcej wigoru po każdej bramce. Wszystko to w rytmie bębnów, które chyba bardziej pasowałyby do imprezy karnawałowej, niż do wydarzenia sportowego. Najwidoczniej odczuwali to też piłkarze, bo czasami bardziej zdawali się tańczyć z piłką, niż nią grać. Widać też było, że Plaza Amador to klub z tradycjami, bo niektórzy kibice mieli nawet flagi i koszulki z logo klubu. Co prawda, tylko niektórzy, bo większość miała na sobie po prostu jakiekolwiek ubrania luźno kojarzące się z piłką lub nawet ogólnie ze sportem, więc na trybunach można było spotkać zarówno koszulki Realu Madrid, jak i pamiątki po bliżej nieokreślonych biegach ulicznych. Wszystkich kibiców na stadionie było może z 250, wliczając w to znajdujący się po przeciwnej stronie boiska sektor VIP. Panowała więc dość kameralna atmosfera, a spora część widzów witała się ze sobą jak starzy znajomi. Biorąc pod uwagę, że Plaza Amador to bogaty klub ze stolicy z sukcesami na koncie, to bazę kibicowską miał raczej dość skromną. O Herrerze z kolei w ogóle trudno mi się wypowiedzieć, bo kibiców gości na stadionie albo nie było, albo też pozostawali incognito. 

Aby wtopić się w tłum i przyjąć pozy bywalców stadionu, otworzyliśmy nasze przemycone puszki Balboa. Od razu poczuliśmy się bardziej swojsko, bo jakimś cudem panamskiemu browarowi udało się wiernie skopiować charakterystyczny smak ciepłej Tatry. Wyposażeni w taki atrybut zaczęliśmy nawet lekko podrygiwać w rytm muzyki oraz zagrzewać po polsku sędziego do przemyślenia swoich decyzji. Po chwili obserwacji zauważyliśmy też, że większość kibiców odróżnia się od statystycznych Panamczyków, spotykanych na co dzień na ulicach Ciudad de Panama. Zdaje się, że na piłkę nożną w tym kraju chodzi przede wszystkim szeroko rozumiana klasa średnia, co widać było po ubraniach, telefonach, a przede wszystkim po … sylwetkach. Wspomniałem już wcześniej, że Panama pozostaje pod silnym wpływem Stanów, niestety, również w kwestiach żywienia. W efekcie ponad 70% kobiet w tym kraju posiada nadwagę, a 30% zmaga się z otyłością. Na trybunach te proporcje były wręcz odwrotne, a większość pań wyglądała raczej jak typowe WAGS z innych rejonów świata. Oczywiście, bardzo się nie przypatrywałem, bo przez cały czas wpatrzony byłem w moją żonę, natomiast czasem coś tam zauważyłem kątem oka. 

W pewnym momencie przerwa dobiegła końca, a zawodnicy wybiegli na drugą połowę. Nie wiem, co takiego  wypili piłkarze gospodarzy przez te 15 minut, ale prawdopodobnie nie dałoby się tego legalnie przewieźć przez granicę. Niesieni dopingiem i być może czymś jeszcze, wyraźnie zdominowali spotkanie. Mimo to zdarzył im się wypadek przy pracy, bo Herrera w 51 minucie zamieniła karnego na gola. Nie dane im jednak było długo cieszyć się z kontaktowej bramki, bo do 72 minuty było już 5:1 dla klubu ze stolicy. Prawdopodobnie bramkarz Herrery nie będzie tego dnia miło wspominał, bo każdy strzał w światło bramki lądował w siatce za jego plecami. Po każdym golu kibice reagowali entuzjastycznie, a najzagorzalsi fani odpalali nawet czerwone i niebieskie race, odpowiadające kolorom Plaza Amador. Przy takim wyniku gospodarze wyraźnie zaczęli bawić się piłką, najwyraźniej rywalizując między sobą o tytuł strzelca najbardziej widowiskowej bramki. Były i tańce w polu karnym, strzały z przewrotki i co tam im jeszcze latynoska fantazja przyniosła na myśl, ale kolejna bramka na 5:2 należała mimo to do Herrery. 

Na jakimś etapie wpadłem w końcu na pomysł sprawdzenia składu obydwu drużyn i porównania go ze składem kadry Panamy. Występy w reprezentacji miało w CV czterech zawodników, z czego dwóch nawet zapisało się w protokole meczowym. Wspomniany strzelec pierwszej bramki, skrzydłowy Jose Murillo (nie mylić z Amirem Murillo, grającym w Besiktasie), trafił jeszcze na 5:1, po czym w przypływie radości zdjął koszulkę, dostał żółtą kartkę i z uśmiechem zszedł z boiska. Swoją drogą, na koniec marca pozostaje on królem strzelców wschodniej dywizji z 6 golami na koncie. Na 2:0 strzelił z kolei etatowy obrońca kadry, Eric Davies, który w kadrze zaliczył już 9 trafień. Po boisku biegał też jeden z najstarszych kadrowiczów, 38-letni Alberto Quintero, mający na liczniku ponad 130 spotkań w reprezentacji, chociaż ten akurat nie wyróżnił się w meczu jakoś wyraźnie. Ostatni z kadrowiczów, Omar Cordoba, co prawda nie wszedł w tym spotkaniu na boisko, ale za to dobrze zapadł nam w pamięć, bo wygląda jak nieślubne dziecko Angela di Marii. 

Czasu na przeglądanie składów nie było jednak za dużo, bo mecz nadal trwał w najlepsze. Przy 6-tej bramce dla Plaza Amador kibicom najwyraźniej zabrakło już czerwonych rac, więc skala zwycięstwa najwyraźniej przerosła nawet oczekiwania klubowych optymistów. Chwilę później przy ostatniej bramce na 7:2 widzowie w zasadzie już tylko tańczyli, rozlewając przy tym obficie zawartość puszek i kubeczków. Piłkarze Herrery znosili te baty z godnością, strzelając zresztą gospodarzom łącznie dwie bramki, ale wiele więcej nie mogli wskórać. Spotkanie było ewidentnie zdominowane przez stołeczny Plaza Amador, który tym samym pokazał, że dwa tytuły mistrzowskie z zeszłego roku nie zdarzyły mu się przez przypadek. 

Wreszcie dotarliśmy na miejsce. Stadion jest mały, ale za to nowy i czysty.
Cennik wejściówek nakłania do kibicowania drużynie gospodarzy.
Na początku spotkania piłkarze konkurowali w kopaniu się po głowach.
I jest, pierwszy gol dla Plaza Amador.
Na mecz przyszliśmy spóźnieni, więc zostały nam już miejsca mniej ekskluzywne.
Na chwilę przed karnym dla Herrera FC.
A to trybuna VIP. Tym razem jeszcze nie dostaliśmy na nią zaproszenia.
Gdzieś tak przy 3 golu dla Plaza Amador.
W przerwie kibice podziwiają klubowe puchary, szklanki i kieliszki.
Stadionowy bar służy też jako galeria trofeów. Trochę się ich uzbierało, a wolne miejsce kreatywnie uzupełniono butelkami z ginem.
Reprezentant Panamy strzelił właśnie swoją drugą bramkę, dostał żółtą kartę i zbił piątkę z sędzią. Najwyraźniej humor mu dopisywał.
Murillo zbił też piątki z ławką gości. W sumie miły gest.
Gdzieś tak w okolicach 5-6 gola skończyły się czerwone race.
Piłkarze Plaza Amador dziękują kibicom za wsparcie muzyczne i race.
Ostatni gwizdek.
Widok zza płotu. Co bardziej oszczędni widzowie zajęli sobie tutaj miejsca z najlepszą widocznością.
COS Sports Plaza. Mieści się na nim może z 1 300 osób, ale jak na tutejsze realia, większy obiekt nie jest potrzebny.
0 strzałów i 9 bramek to dość wyśrubowana statystyka.

Alianza vs Veraguas

Klimat panamskiego stadionu spodobał się nam na tyle, że wybraliśmy się też na mecz stołecznej Alianzy z przyjezdnym Veraguas United. Samo spotkanie zapowiadało się może mniej interesująco, ale za to miało odbyć się na największym stadionie w kraju, wspomnianym wcześniej Estadio Rommel Fernández. Nauczeni doświadczeniem, tym razem dokładnie sprawdziliśmy miejsce i godzinę wydarzenia, więc przynajmniej nie musieliśmy błądzić po stolicy w poszukiwaniu meczu. Problem sprawiło nam natomiast samo wejście na stadion, bo na całym 30-tysięcznym obiekcie otwarta była tylko jedna bramka i jedno okienko kasy biletowej. Z nieznanego mi powodu, obydwa miejsca zlokalizowane były po różnych stronach budynku, więc na to spotkanie również dotarliśmy już po pierwszym gwizdku. 

Na miejscu ostatecznie wyjaśniła się zagadka jednej bramki wejściowej. Faktycznie, tym razem na mecz przybyli kibice obydwu drużyn, co nie zmieniało faktu, że znowu łącznie na wydarzeniu pojawiło się ich może z 200. Wyglądało to trochę absurdalnie, biorąc pod uwagę rozmiary panamskiego stadionu narodowego. My trochę na pałę usiedliśmy w sektorze gości, o czym przekonaliśmy się już w 14 minucie, kiedy Veraguas straciło pierwszą bramkę. Kibice Alianzy tradycyjnie odpalili race, tym razem zielone, a zajmowana przez nich część trybuny zaczęła tańczyć w rytm bębnów. Do przerwy Alianza podwyższyła jeszcze prowadzenie do 4:0, w czym wydatnie pomógł Rasheen Mathews, strzelając hat-tricka. Ogólnie rzecz biorąc, w spotkaniu było jeszcze więcej kopaniny i indywidualnych błędów niż w meczu Plaza Amador, ale za to przynajmniej co jakiś czas coś tam wpadło do siatki. Piłkarze Veraguas ewidentnie zaspali na pierwszą połowę, a kiedy w końcu odpowiedzieli bramką w 42 minucie, telebim wskazywał już 4:1. 

W zasadzie obecność kibiców obydwu drużyn niewiele zmieniała nastrój panujący na stadionie. Obydwie drużyny zagrzewały do boju przede wszystkim wybijane na bębnach rytmy oraz okazjonalne inwektywy w stronę sędziego. Poza tym spotkanie przebiegało w zupełnie bezpiecznej, a nawet rodzinnej atmosferze, bez śladu jakiekolwiek agresji pomiędzy kibicami. Z mojej perspektywy było to miłe zaskoczenie, bo mieliśmy trochę wątpliwości przed wycieczką na obydwa spotkania. Na szczęście liga panamska zdaje się raczej przyciągać rodziny z dziećmi, niż kibiców gotowych wytatuować sobie na klatce piersiowej “Veraguas United albo śmierć”. 

Za to w drugiej połowie wśród piłkarzy zaczęła się większa nerwówka. Veraguas próbowało rozpaczliwie nadrabiać stracony czas i w 60 minucie strzeliło na 4:2. Po naszej stronie trybuny pojawiły się więc niebieskie race i wiara w to, że może spotkanie uda się jakoś uratować. Potrwała ona dosłownie chwilę, bo już w 61 minucie zawodnik Veraguas zobaczył czerwień za cios karate, co prawda całkiem widowiskowy, ale nieprzystający do uprawianej na boisku dyscypliny sportu. Przez moment pachniało nawet mordobiciem, a chwilę potem posypały się jeszcze 4 kolejne żółte kartki. Walory estetyczne spotkania mocno siadły, za to bębny na trybunach grały ze zdwojoną siłą. Trzeba też przyznać gościom, że nie poddali się nawet wtedy, kiedy Alianza strzeliła im gola na 5:2 i biegali po boisku do ostatniej chwili, jakby faktycznie wierzyli nadal w zwycięstwo. W zasadzie ich wiara się opłaciła, bo po 5 kiksach i podobnej liczbie dobitek wepchnęli jeszcze w ostatniej minucie doliczonego czasu gry piłkę do siatki, kończąc spotkanie wynikiem 5:3

Po meczu staliśmy jeszcze chwilę pod stadionem, czekając na zamówionego Ubera. W pewnym momencie na ulicę wyszli kibice Veraguas United, bawiąc się i grając na bębnach jakby przed chwilą wygrali Ligę Mistrzów, a nie dostali 5:3 w czapkę. W zabawie uczestniczyli też kibice Alianzy, zbijając sobie z nimi piątki i w ogóle robiąc wspólne fotki. Patrząc na ten obrazek byliśmy nawet zadowoleni, że przez całe spotkanie zasiadaliśmy w sektorze gości z panamskiego interioru. 

Estadio Rommel Fernández, największy stadion piłkarski w kraju. Niestety, podczas meczów ligowych głównie świeci pustkami.
I jest, bramka otwierająca spotkanie. Długo nie trzeba było na nią czekać.
Na pustym stadionie dzieciaki bawiły się w chowanego.
Goście jeszcze nie zdążyli wejść w spotkanie, a już przegrywają 2:0.
I w końcu kontaktowa bramka dla Veraguas.
Podczas spotkania usiedliśmy w sektorze gości. Niestety, to akurat gospodarze mieli więcej okazji do świętowania.
Przez moment pachniało mordobiciem.
W przerwie meczu po bieżni przeszedł pochód dzieciaków. W sumie nie wiem po co, ale to chyba miło z ich strony.
Spotkanie kończy się wynikiem 5:3.
Po przegranym meczu kibice Veraguas bawili się przednio.

Panama a sprawa polska

Załóżmy przez chwilę, że reprezentacje Polski i Panamy spotykają się ze sobą gdzieś w półfinale Mistrzostw Świata. Oni wiedzą o nas mniej więcej tyle, że jest zimno i mamy Lewandowskiego, a my o nich to, że mają Kanał Panamski i prawdopodobnie nie mają zimy. Aby ułatwić sprawę wszystkim etatowym ekspertom, pozwolę sobie ująć w jednym miejscu nieliczne związki pomiędzy polską a panamską piłką nożną.

W najważniejszej statystyce jest wyjątkowo biednie, bo reprezentacje obydwu państw nigdy jeszcze ze sobą nie grały. Jak też wspomniałem wcześniej, obydwie drużyny zajmują obecnie sąsiednie miejsca w rankingu FIFA, choć to akurat drużyna z Ameryki Centralnej jest od nas o oczko wyżej. Najbliżej bezpośredniego spotkania obydwa kraje były w 2019, podczas Mistrzostw Świata U-20 rozgrywanych właśnie w Polsce. Panama radziła sobie całkiem znośnie, zajmując trzecie miejsce w grupie, ale odpadła już w ⅛ finału po przegranym 1:4 meczu z Ukrainą. Mecze grupowe rozgrywali w Bydgoszczy, a na krótką dla nich przygodę z fazą pucharową wybrali się na stadion w Tychach. Z tamtej ekipy do dzisiejszej seniorskiej reprezentacji trafili wyłącznie Carlos Harvey (dzisiaj grający w Minnesota United FC, MLS) oraz Jovani Welch (wtedy w Alianzy, obecnie… w sumie też, ale na wypożyczeniu z boliwijskiego The Strongest Paz). Niestety, nie znalazłem żadnych wspomnień panamskich zawodników z ich pobytu w Polsce, ale przy odpowiedniej dozie wyobraźni (i mitomani) możemy sobie wyobrazić, że jedli pierogi, słuchali Chopina oraz robili zakupy w Żabce. To póki co jeden z dwóch najbliższych związków piłkarskich pomiędzy naszymi krajami.

Drugi wątek jest już bardziej indywidualny. W historii rodzimej ekstraklasy gościliśmy wyłącznie jednego piłkarza z Panamy, Luisa Henríqueza, który w latach 2007-2015 reprezentował Lecha Poznań. W jego barwach dwukrotnie zdobył mistrzostwo kraju (2009/2010 i 2014/2015) oraz raz Puchar Polski (2009). Jego wyczyny w egzotycznej europejskiej lidze zostały docenione w ojczyźnie, gdzie powołano go do reprezentacji, a nawet obdarzono opaską kapitańską. Po przygodzie z Lechem Poznań na krótko powrócił do Panamy, reprezentując barwy utytułowanego Tauro FC. Najwidoczniej jednak szybko zatęsknił za zapachem schabowego przy niedzieli, bo od 2017 roku występuje w niższych polskich ligach, między innymi w Polonii Środa Wielkopolska, Szturmie Janikowo i od 2024 roku w Warcie Śrem. Wedle Transfermarktu Luiz Hernandez posiada też polskie obywatelstwo, ale za wiarygodność tej informacji nie dałbym sobie uciąć żadnej istotnej części ciała.

Na ten moment na tym kończą się piłkarskie związki Polski i Panamy. Kto wie, być może w przyszłości faktycznie obydwie drużyny spotkają się na Mistrzostwach Świata, choć raczej nawet prezydent Panamy nie wierzy, aby miało to się stać w 2026 roku. Bardziej prawdopodobne wydaje się za to, że skauci ekstraklasy mogą pojawić się pewnego dnia na rozgrywkach Liga Panameña de Fútbol. Bilety na tamtejsze spotkania kosztują grosze, muzyka jest dobra, a Balboa smakuje wyjątkowo swojsko.

P.S.

Tekst ze specjalnym pozdrowieniem dla Damiana K. – jedynego znanego mi człowieka, który obudzony w środku nocy potrafiłby wymienić rozmiar buta Bartosza Karwana, historię kariery Sebastiana Mili i wszystkich trenerów reprezentacji Polski od ‘47 roku.

Luiz Henriquez podpisuje kontakt ze Szturmem Janikowo. Klimat A Klasy wylewa się z tego zdjęcia. Źródło.

Pozostałe historie z Panamy możesz znaleźć pod tym adresem: 

Panama – lista wpisów

A jeśli dodatkowo chcesz usłyszeć kilka porad przed wyjazdem na własną rękę do Panamy, to zapraszam do odrębnego wpisu. 

Panama na własną rękę – porady przed podróżą

Newsletter All Exclusive

Dostajesz za mało spamu? Jest na to sposób.

Zapisz się do newslettera All Exclusive i otrzymuj powiadomienia o najnowszych wpisach, artykułach i zmianach na stronie. W ten sposób nigdy nie przeoczysz przepisu na nowatorską nalewkę albo kolejnej historii podróżniczej. Obiecuję, że wiadomości nie będzie dużo, bo i jakiekolwiek nowe treści pojawiają się tu sporadycznie.

Podobne wpisy

5 2 Ocen
Ocena
Powiadom mnie o nowych komentarzach
Powiadom o
guest
2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Damian K
Damian K
7 dni temu
Ocena :
     

Tak sobie to wymyśliłeś, doczytałem do końca 😁

Damian K
Damian K
7 dni temu
Ocena :
     

Fc Albatros wiecznie żywy 😁