San Blas
Krystalicznie czysta woda, złoty piasek, hamak zawieszony pomiędzy dwoma palmami i wszechobecne swastyki. Nie jest to zdjęcie raju wygenerowane przez zbuntowany niemiecki model AI, ale widok z wysp San Blas, jednego z najładniejszych rejonów Panamy. Szczęśliwie też tutejszy symbol nie ma nic wspólnego ze swoim europejskim odpowiednikiem. Posługujący się nim lud Guna (lub Kuna, różnie bywa zapisywany) jest gościnny, uśmiechnięty i absolutnie pozbawiony batalionów Panzerkampfwagen IV.
Istnieje duże prawdopodobieństwo, że odwiedzając kraj położony pomiędzy dwoma oceanami prędzej czy później będziecie chcieli wybrać się na plażę. Najlepiej też, żeby była to plaża wyjątkowo ładna, z przejrzystą wodą i możliwością noclegu na samym jej brzegu. Dwie najpopularniejsze lokacje w Panamie spełniające powyższe wymogi to Bocas del Toro (blisko granicy z Kostaryką) oraz wyspy San Blas, położone na północny zachód od Ciudad de Panama. Na Bocas zabrakło nam czasu, dlatego też moja towarzyszka podróży demokratycznie postanowiła, że San Blas musimy odwiedzić obowiązkowo.
Na miejsce ciężko dojechać samodzielnie, przez co większość turystów decyduje się na skorzystanie z ofert miejscowych biur podróży. W zależności od zasobów portfela możemy wybrać kilkudniowy rejs luksusowym katamaranem, skorzystać z przelotu wodolotem albo też wykupić pobyt na prywatnej wyspie. Chociaż długo zastanawiałem się nad powyższymi atrakcjami, to ostatecznie wybór padł na najtańszą z możliwych opcji.
Ruszamy w drogę
Początek podróży przypomina raczej film szpiegowski niż wycieczkę na plażę. O 5 rano ruszamy jeepem przez puste miasto w kierunku niewielkiej przystani nad Morzem Karaibskim, oddalonej o jakieś 3 godziny drogi od Ciudad de Panama. Jak na latynoskie standardy, wszystko odbywa się bardzo punktualnie. Chyba też dla podkreślenia swojego profesjonalizmu nasz kierowca uparł się, aby mówić do nas wyłącznie po angielsku. Nie jest to nowość, bo z uwagi na naszą aparycję mazowieckich chłopów, miejscowi czasami nie dopuszczają do siebie myśli, że mogliby z nami pogadać po hiszpańsku. Dopiero po wypowiedzeniu przez nas kilku zdań podrzędnie złożonych w tym języku Latynosi przestają patrzeć na nas jak na totalnych gringos i trochę się otwierają. Tak też stało się z kierowcą jeepa, który zarzekał się, że drogę na wybrzeże ostatnio wyremontowano i nie jest już tak tragicznie, jak było wcześniej. Faktycznie, w Internecie spotkaliśmy się z opiniami, że gorsza od drogi lądowej jest wyłącznie późniejsza przeprawa łódką. Jadąca z nami czwórka innych turystów nie uwierzyła jednak za bardzo w te zapewnienia i na wszelki wypadek zaraz po wyruszeniu w drogę łyknęli garść Aviomarinu.
W tym temacie jest 1:0 dla naszego kierowcy, bo droga faktycznie minęła bezproblemowo, przynajmniej jak na nasze standardy. Po dojechaniu na miejsce wrażenie filmu szpiegowskiego znowu się nasiliło. Określenie “przystań” jest tu trochę na wyrost, bo na miejscu zastaliśmy po prostu kilka lepianek, trochę śmieci, zbutwiałe drewno i atmosferę bazarowego chaosu. Nie lepiej wyglądały same łódki, które sprawiały wrażenie mało stabilnych i nie jestem pewien, czy gwarancja producenta obejmowała wypływanie nimi kilkanaście kilometrów w głąb morza. W tym miejscu po raz pierwszy spotkaliśmy się też z lewoskrętną swastyką, będącą symbolem ludu Guna. Ogółem pierwsze skojarzenia ciążyły raczej w kierunku floty nazistowskich przemytników, niż wakacji na Karaibach. Nie było czasu się nad tym specjalnie zastanawiać, bo na przystani naszą grupkę przejął jeden z Guna, zapakował nas na łódkę i wyruszyliśmy w drogę.



Ziemia na horyzoncie
San Blas to w zasadzie archipelag blisko 400 wysepek. Ich warunki geograficzne czy też klimat są praktycznie takie same, lecz mimo to potrafią różnić się od siebie jakby pochodziły z innych galaktyk. Część wysepek pozostaje bowiem na stałe niezamieszkana, inna część udostępniana jest turystom, a pozostałe to tak naprawdę unoszące się na wodzie skrajnie przeludnione wioski Guna. W przypadku tych ostatnich zabudowa zajmuje prawie całą powierzchnię terenu, a niekiedy nawet wchodzi w głąb morza za pomocą chatek postawionych na palach. Obok kilku z takich wysp przepływaliśmy na początku naszej podróży i cóż, daleko było im do pocztówkowych widoków. Natomiast “turystyczna” część San Blas dostarcza zupełnie innych doznań estetycznych. Malutkie wyspy, rozsiane rzadko po powierzchni morza, na których poza pojedynczymi palmami w zasadzie niewiele co się znajduje. Podziwiane o poranku gdzieś z łódki na środku morza były wręcz nierealnie urokliwe.
Po mniej więcej godzinie dopłynęliśmy w końcu do naszej wyspy. Muszę przyznać, że zrobiła na nas spore wrażenie, bo jej krajobraz spokojnie mógłby ozdabiać foldery jakiegoś biura podróży. Złoty piasek, słońce i tak błękitna woda, że na sam widok aż szczypią oczy. Zaraz po zejściu na ląd cały turnus rzucił się do robienia zdjęć, jakby bał się, że to wszystko zaraz może się rozpłynąć, a na miejscu zostanie tylko obdrapany dom wczasowy “Muszelka” rodem z Kołobrzega. Kiedy tylko trochę ochłonęliśmy, poszliśmy się zameldować u miejscowego odpowiednika sołtysa i przenieść nasz skromny dobytek do wskazanego bungalowa. Następnie uzbrojeni w telefon, krem z filtrem i dwie pary sandałów mogliśmy ruszyć na rekonesans nowego lądu.
Chichime (albo Wissudub, bo wszystko na San Blas ma podwójne nazwy, o czym za chwilę) jest jedną z największych i najdalej wysuniętych na północ wysp archipelagu. Przy czym “największa” bynajmniej nie oznacza “duża”, bo obejść można ją w jakieś 20 minut i to z kilkunastoma postojami na zdjęcia. Tych akurat było dużo, bo moja żona co chwilę dochodziła do wniosku, że mijana właśnie palma prezentuje się jeszcze lepiej od poprzedniej i szkoda byłoby jej nie uwiecznić. Tym razem bardzo nawet nie oponowałem, bo i po prawdzie nic innego i tak nie mieliśmy do roboty.
Po przeprowadzeniu obchodu wyspy i ustaleniu, że poza spadającymi kokosami nie grożą nam na niej żadne niebezpieczeństwa, wróciliśmy do naszych gospodarzy. Mniej więcej w porze obiadowej do przystani przybiła łódź z turystami, którzy odwiedzali Chichime w ramach jednodniowej wycieczki. Jak się po chwili okazało, zdecydowana większość z kilkunastoosobowej grupy… mówiła po polsku. W innych rejonach Panamy praktycznie nie spotykaliśmy rodaków, a tu nagle w San Blas czuliśmy się jak nad Bałtykiem. Było to lekko surrealistyczne doznanie, tym bardziej, że – na ile się zorientowaliśmy – większość podróżnych trafiło tu niezależnie od siebie. Wyjątkiem była grupa mniej więcej 8 facetów w średnim wieku, która z zaangażowaniem osuszała kolejne puszki Balboa. Żeby to było jasne – na zdrowie, niech się bawią, ale jakim cudem 8 facetów po 40-tce trafiło na panamską wyspę? Ja z trzema kolegami nie zawsze mogę raz do roku wyjechać na weekend na ryby, bo każdy ma psy, dzieci, żony lub inne obowiązki, a im udało się pojechać do Panamy? Podziwiam, ale wyczuwam tu też jakąś grubszą intrygę.
Tak się jednak złożyło, że ani my, ani pozostali podróżni nie mogliśmy długo cieszyć się rajskimi widokami. W ciągu kilkunastu minut morska plama majacząca dotychczas gdzieś na horyzoncie przypłynęła bliżej naszego brzegu i nagle okazało się, że wcale nie jest taka malutka. Chwilę później cała woda wokół wyspy pokryta była gęstym dywanem czegoś, co przy bliższym kontakcie okazało się sargassami. Wraz z ich pojawieniem walory estetyczne okolicy mocno opadły, podobnie jak i morale niektórych turystów.
Niepocieszona zdawała się też kierowniczka wyspy z plemienia Guna, dla której pojawienie się kilku ton glonów na plaży oznaczało mnóstwo roboty. Gringos przyjeżdżają tu przecież dla złocistych plaż, a te obecnie pozostawały zakopane pod zwałami sargassów. Na jakimś etapie ucięliśmy sobie krótką pogawędkę, a rodowita Guna zapytała się mnie, jak w Polsce radzimy sobie z takimi glonami. Chwilę zajęło mi wytłumaczenie jej koncepcji 20-stopniowych mrozów panujących obecnie nad Bałtykiem, natomiast mój hiszpański ostatecznie skapitulował podczas próby opowiedzenia o problemach z sinicami. Z kolei w kwestii sargassów coś mi się mgliście kojarzyło, że pewnie da się z nich zrobić nawóz do roślin, ale nie byłem pewien, czy przypadkiem nie wypada ich najpierw spopielić. Przez kolejnych kilka minut próbowałem tłumaczyć kierowniczce Guna koncepcję rolnictwa, skracając do minimum zagadnienia trójpolówki i skupiając się głównie na kwestiach nawozów. Moja rozmówczyni grzecznie wysłuchała mojej wypowiedzi, ale było widać, że podobnych bzdur dawno nie słyszała. Nic dziwnego, bo na całej wyspie ziemi rolnej nie wystarczyłoby do uprawy nawet jednego krzaczka bazylii. Po chwili ja wróciłem do czytania książki, a Guna zapewne straciła wszelką wiarę w to, że od tych durnych gringos da się dowiedzieć czegokolwiek pożytecznego.


















Kim właściwie są Guna?
W dużym skrócie Guna są rdzennym amerykańskim ludem, który właściwie… nie pochodzi z San Blas. Pierwotnie mieszkali w dżungli w okolicach Przesmyka Darien, ale trochę ponad 200 lat temu wygonili ich stamtąd Hiszpanie. W zaistniałej sytuacji wyemigrowali na pobliskie wyspy, w czym zupełnie im się nie dziwię, bo i sam najchętniej bym to zrobił na ich miejscu. Przez kolejne stulecie żyli sobie na nich mniej więcej w spokoju, aż do czasu, kiedy to w 1903 roku Panama ogłosiła niepodległość. Ogarnięci narodową gorączką Panamczycy rozpoczęli akcję przymusowej asymilacji Guna, narzucając im zachodnie stroje, edukację i kulturę. Tym razem tubylcom nie w głowie była dalsza ucieczka przed problemami, więc w 1925 ogłosili rewolucję i spuścili łomot wszystkim Latynosom w okolicy. Pogodzili ich dopiero Jankesi, którzy zaprosili obie strony na pokład okrętu wojennego i grzecznie wytłumaczyli, że nie po to budowali tu kanał, aby teraz obok niego toczyły się jakieś ruchawki. Obdarzeni amerykańskim błogosławieństwem i leczący jeszcze siniaki po ostatnich starciach Panamczycy przyznali Guna daleko idącą autonomię, która obowiązuje do dzisiaj.
Odrębność Guna od Panamczyków przejawia się nie tylko w nieco innych rysach twarzy, ale też w sposobie ubierania. Tutejsze kobiety noszą wielobarwne tradycyjne stroje nazywane mola, będące istotnym elementem ich kultury. Spotkać można je nawet w Ciudad de Panama, gdzie Guna zmonopolizowali segment straganów z pamiątkami, na których sprzedają własne tekstylia, drobne rękodzieło i tradycyjne produkty made in China. W ogóle rola kobiet u rdzennych mieszkańców Panamy jest całkiem ciekawa, bo w tradycji Guna obecny jest pewien rodzaj matriarchatu. To kobiety dziedziczą majątek w rodzinie, prowadzą biznesy czy zarządzają domowym budżetem. Faceci natomiast dostają bardziej przyziemne zadania, jak grabienie plaży czy łowienie ryb. W ich wypadku trudno też mówić o jakimś wyjątkowym sposobie ubierania się, bo zazwyczaj po prostu noszą jeansy i co najwyżej zakładają na siebie koszulkę z miejscową swastyką. Elementem tożsamości Guna jest również ich własny język. Z tego powodu zamieszkiwany przez nich archipelag nosi również nazwę Guna Yala (“ziemia Guna” w wolnym tłumaczeniu, aczkolwiek nie przywiązujcie się za bardzo do moich przekładów z gunalskiego). Z tego samego powodu wszystkie należące do nich wyspy mają zwykle podwójne nazwy – hiszpańskie oraz rdzenne.
Dla postronnego obserwatora najbardziej rzucającym się w oczy symbolem Guna jest jednak ich niecodzienna flaga. Lewoskrętna swastyka na żółto-czerwonym tle zdobi ich łodzie, domy, a niekiedy też ubrania i elementy biżuterii. Należy się jej więc kilka słów wyjaśnienia, aby na miejscu uniknąć kulturowego faux pas. Również jedna z miejscowych agencji podróży zachęca, aby “przed kolejnym rejsem prywatnym katamaranem na wyspy Guna Yala zapoznać się z historią tego unikalnego znaku”. W mitologii Guna swastyka symbolizuje bowiem… ośmiornicę, która stworzyła świat, a jej cztery ramiona to nic innego, jak cztery odnóża tego głowonoga. One z kolei wskazują na cztery strony świata, które dały początek słońcu, tęczy, księżycowi i gwiazdom. Nie pytajcie mnie, co akurat w tym czasie robiły pozostałe cztery macki, wszak logika każdej mitologii rządzi się swoimi prawami. Tak czy inaczej, na San Blas głupie żarty z miejscowej flagi są absolutnie niewskazane, a wy zostaliście właśnie przygotowani do podróży prywatnym katamaranem. Przynajmniej pod kątem edukacyjnym.














Bezludna wyspa z dostępem do Internetu
Prawie bezludne wyspy San Blas są piękne i nie ma co do tego wątpliwości. Niemniej bycie niewielkim skrawkiem lądu na środku morza niesie ze sobą pewne konsekwencje, zarówno pozytywne, jak i te bardziej problematyczne. Na pewno na San Blas można cieszyć się słońcem, czystą wodą (o ile akurat nie ma sargassów) i błogim lenistwem. Niektórzy gospodarze zapewniają również kilkugodzinne wycieczki na sąsiednie wyspy, gdzie możecie robić dokładnie to samo, ale w nieco innych okolicznościach przyrody. Można czytać książki, pić piwo albo też grać w siatkówkę, chociaż to tylko w wypadku, kiedy zabraliście ze sobą piłkę, bo tutejszą zeżarł pies. I … to już prawie wszystko. Jeśli dokładnie tego oczekujecie – super, trafiliście doskonale. Nie bez powodu jednak większość podróżnych przyjeżdża tu przeważnie na jedną noc, po czym albo płynie na inną wyspę albo wraca na stały ląd. Osobiście też nie jestem jakimś wielkim fanem plażowania. Jasne, fajnie jest poleżeć chwilę na piasku albo popływać w morzu, no ale po jednym dniu już mógłbym gdzieś iść. A tu nie bardzo jest dokąd.
Inna sprawa jest taka, że wystarczy odejść niekiedy kilkanaście metrów od miejsca noclegu, żeby natknąć się na zwały śmieci. I tak po prawdzie trudno się temu dziwić. Na wyspie przestrzeń jest ograniczona, więc ciężko zmieścić na niej zakład utylizacji odpadów. Z kolei turyści przywożą ze sobą swoje butelki, których nie chce im się zabierać, a co jakiś czas morze wyrzuci jeszcze na brzeg śmieci z drugiego krańca globu. Psuje to trochę obraz rajskiej wyspy, a może po prostu sprowadza nas na ziemię, bo przecież świat nie zatrzyma się tylko dlatego, że my przyjechaliśmy na wakacje.
Nowoczesność nieubłaganie dociera na San Blas i znowu, niesie ze sobą dwa rodzaje konsekwencji. Z jednej strony na wyspy dotarła spora liczba zdobyczy cywilizacji – elektryczność, toalety i Panama Light. W dużym stopniu pewnie po to, żeby sprostać oczekiwaniom współczesnych turystów, no ale ogólnie sami przyznacie, że prąd bywa przydatny. Podobno jeszcze kilka lat temu takie luksusy należały tutaj do rzadkości, a teraz na niektórych wyspach jest nawet Internet. Postęp cywilizacyjny widoczny jest tu gołym okiem i niestety, w pewien sposób to właśnie on stanowi zagrożenie dla całego archipelagu San Blas. Nie mam tu na myśli jakichś bredni o odchodzeniu Guna od ich tradycyjnego stylu życia, bo i sam bym nie chciał, aby ktoś mi kazał ubierać się w wełniane sukmany i maciejówkę jak 300 lat temu, a raczej o coś bardziej przyziemnego. I właśnie ziemia jest tutaj słowem-kluczem.
Naukowcy przewidują, że archipelag San Blas będzie jednym z pierwszym miejsc na Ziemi, które zostanie zalane za sprawą podnoszącego się poziomu mórz. Prognozy różnią się w zasadzie wyłącznie terminem ich zatopienia – jedne wskazują, że wydarzy się to do 2050 roku, a te bardziej optymistyczne dają im czas “maksymalnie” do końca stulecia. Oznacza to, że już niebawem wszystkie te piękne plaże, palmy i stojące obok domki przepadną pod wodą. Będzie to na pewno wielka strata, chociaż turyści szukający rajskich widoków zapewne znajdą dla nich kilka alternatyw. Mieszkający tu ludzie – niekoniecznie.
Newsletter All Exclusive
Dostajesz za mało spamu? Jest na to sposób.
Zapisz się do newslettera All Exclusive i otrzymuj powiadomienia o najnowszych wpisach, artykułach i zmianach na stronie. W ten sposób nigdy nie przeoczysz przepisu na nowatorską nalewkę albo kolejnej historii podróżniczej. Obiecuję, że wiadomości nie będzie dużo, bo i jakiekolwiek nowe treści pojawiają się tu sporadycznie.


