El Valle de Anton
Być może ten dzień zaczął się tak, jak wszystkie inne do tej pory. Słońce świeciło, wiał lekki wietrzyk znad morza, a tygrys szablozębny wracał z nocnego polowania. Nagle Przesmykiem Panamskim wstrząsnęła eksplozja, której rozmiary od razu zyskałyby wyłączną uwagę stacji informacyjnych, gdyby tylko 56 tysięcy lat temu istniały jakiekolwiek media. Zjawisko powtórzyło się później kilkukrotnie, choć zapewne na mniejszą skalę, aż jakieś 13 tysięcy lat później wybuchy ustały zupełnie. Kiedy w końcu opadł kurz, okazało się, że w wyniku eksplozji po wulkanie pozostał tylko gigantyczny krater. Panujący w nim klimat tak bardzo spodobał się pewnemu gatunkowi ciekawskich małp, że ich potomkowie do dzisiaj budują na jego terenie domki letniskowe.
Przyznaję uczciwie, że powyższy opis przedstawia wyłącznie w przybliżeniu pradawne ruchy geologiczne. Dostępne źródła pozwalają sobie na daleko posuniętą niefrasobliwość, bo szacują moment wybuchu wulkanu na gdzieś pomiędzy 2 milionami a 35 tysiącami lat temu. Na potrzeby tego artykułu uznajmy więc, że było to dawno i miejmy nadzieję, że kolejna erupcja nie wydarzy się w trakcie naszego urlopu. Faktem pozostaje natomiast to, że na terenie współczesnej Panamy znajduje się krater o ponad 6-kilometrowej średnicy. I jest to krater wyjątkowo ładny.
Bananowa pułapka
Prawie całą powierzchnię doliny krateru zajmuje miejscowość El Valle de Anton, nazywana najczęściej po prostu El Valle. Podobno upodobali ją sobie mieszkańcy Ciudad de Panama jako cel weekendowych wycieczek, gdzie mogą odpocząć od zgiełku miasta i panujących w nim upałów. Postanowiliśmy pójść za ich przykładem i w sobotę rano zapakowaliśmy nasze plecaki do autobusu jadącego w tamtym kierunku. Wyjazd w weekend miał też tę zaletę, że nie musieliśmy stać w monstrualnych korkach, które w Ciudad de Panama tworzą się na wszystkich drogach dojazdowych w dni powszednie.
W zasadzie to uniknęliśmy korków, ale na drodze pokonały nas banany. Otóż jechaliśmy sobie naszym busikiem i nawet byliśmy pod wrażeniem jego punktualności. Udało nam się już wyjechać poza stolicę, co oznaczało, że do celu pozostały jeszcze ze dwie godziny w miarę dobrej drogi. Niespodziewanie nasz kierowca zatrzymał się pod jakimś skrzyżowaniem, co było o tyle dziwne, że na przystanku nie widać było żadnych podróżnych. Postój wywołał duże poruszenie wśród pozostałych pasażerów, którzy zaczęli sobie pokazywać coś palcem i jeden po drugim opuszczać pojazd. Zaciekawiony całą sytuacją wyszedłem na zewnątrz i zobaczyłem, że wszyscy Panamczycy ustawili się karnie w kolejce do jednego ze straganów. Po zbadaniu tematu bliżej okazało się, że sprzedawano na nim patacony, czyli rodzaj smażonych placków bananowych, będący podstawą tutejszej kuchni. Obok takiego przysmaku nie mogliśmy najwidoczniej przejechać obojętnie. Dalsza podróż była możliwa dopiero wtedy, kiedy wszyscy podróżni kupili swoje patacony i wrócili na pokład, aby oddać się konsumpcji.


Śpiąca Indianka
El Valle okazało się być ładnym, czystym i całkiem zielonym miasteczkiem. Zresztą trudno, żeby nie było ładne, skoro z każdej strony otoczone jest górami. Miasteczko wypełnia prawie całą dolinę krateru, ale robi to w sposób kulturalny i nie rozpycha się po krajobrazie blokami z wielkiej płyty. Na swój sposób jest w tym coś surrealnego, że powstało ono na szczątkach gigantycznego wulkanu, który wziął i huknął w czasach, w których nawet węgiel był jeszcze młody. Dzisiaj to wszystko porasta bujna roślinność, po ulicach biegają jamniki, a wędrowne ludy znad Wisły przyjeżdżają tu odpocząć od problemów w zakładach pracy. Nie jestem pewien, co z tego wydałoby się najbardziej niezrozumiałe tygrysowi szablozębnemu.
Na bliższe poznanie miasteczka przyjdzie jeszcze czas. Póki co zostawiamy nasz dobytek w naszym pensjonacie (hotel to słowo, którego nawet jego właściciel nie odważył się użyć) i ruszamy na szlak. Nie po to w końcu wieźliśmy buty trekkingowe przez pół świata, aby teraz leżeć w hamaku. I, nie daj Boże, odpoczywać na urlopie.
Najbardziej znany szlak w okolicy nosi nazwę La India Dormida, “Śpiąca Indianka”, gdyż rzekomo kształt gór przypomina trochę kobietę w pozycji horyzontalnej. Jako możecie sobie wyobrazić, szczególnie dużo radości sprawia turystom identyfikowanie dwóch pagórków, pozwalających odróżnić Indiankę od Indianina. Początek trasy wyznacza budka strażnicza, w której obowiązkowo trzeba się zarejestrować, a jeszcze bardziej obowiązkowo uiścić opłatę za wstęp. Na straganach obok Panamki sprzedają drobne upominki, prostą biżuterię i – o dziwo – wypożyczają na czas trekkingu za jednego dolara solidny kij. Wszystkie oferowane przez nich produkty i usługi wydały nam się póki co zbyteczne, więc uprzejmie im odmówiliśmy. Kawałek dalej rzuciliśmy jeszcze okiem na tabliczkę informacyjną i w ten sposób rozwikłaliśmy chyba tajemncę popytu na drewniane lagi. Widniała na niej lista wszystkich gatunków węży, które można spotkać w tutejszych lasach i znajdowało się na niej około 20 pozycji. Gady podzielone były na kilka kategorii, które dla ułatwienia oznaczone były kolorem krwiście-czerwonym, wściekle-zielonym i takim czarnym, jakby trochę w odcieniu płyty nagrobnej. Nie trzeba było kończyć filologii hiszpańskiej, aby rozszyfrować towarzyszące nim opisy i zapamiętać, że żaden z tutejszych węży nie nadaje się do głaskania. Na wynajem kijka było już trochę za późno, więc wdrożyliśmy zwykłe środki ostrożności w postaci panicznego rozglądania się po okolicy i zaczęliśmy wspinaczkę.
Droga była ładna i niezbyt wymagająca, przynajmniej do pierwszego punktu widokowego, znajdującego się gdzieś w okolicach nosa śpiącej Indianki. Co prawda, po lekturze wspomnianej tabliczki cykaliśmy się trochę, a każdy leżący przy drodze patyk wyglądał nam jak wąż numer 5. Na jakimś etapie uzbroiliśmy się więc w kamień, którego właściwości obronno-zaczepne były znikome, ale przynajmniej podniósł morale drużyny. Wzdłuż ścieżki widzieliśmy za to mnóstwo ptaków i tu po raz kolejny przydała się nam lornetka zabrana z kraju. Udało nam się dostrzec między innymi tukany, które pewnie będą robiły na mnie wrażenie nawet kiedy zobaczę je po raz setny. Nie inaczej było i tym razem.
Stojąc na szczycie postanowiliśmy kontynuować wędrówkę po grzbiecie gór wokół doliny. Szybko okazało się, że większości turystów zupełnie wystarcza dotarcie do pierwszego punktu widokowego, więc po chwili na trasie zostaliśmy zupełnie sami. Z jednej strony to fajnie, bo nikt nie lubi tłumów w górach, ale z drugiej strony wzdłuż ścieżki rosły niewielkie trawy, w których jak nic mogłyby ukryć się węże numer 7 i 12. Szczęśliwe po drodze spotkaliśmy tylko zagubioną jaszczurkę, a widoki były warte odrobiny strachu.









Bajka na dobranoc
Na jakimś etapie musieliśmy przyspieszyć odrobinę kroku, bo zbliżał się wieczór, a wizja nocnego spaceru po górach nie bardzo nas pociągała. Ostatecznie jeszcze przed zmrokiem zeszliśmy z trasy do Chorro Las Mozas, jednej z lokalnych atrakcji. Jest to strumyk płynący górskim wąwozem w otoczeniu gęstej roślinności, który wygląda dokładnie tak urokliwie, jak i brzmi. Okazało się jednak, że turyści wpuszczani są tam tylko do 15:00, a po tej godzinie droga prowadząca na miejsce zamykana jest łańcuchem. Nie była to przeszkoda, która mogłaby powstrzymać dwoje zupełnie nieznających terenu i miejscowej przyrody Polaków, na dodatek wyposażonych w kamień i brak instynktu samozachowawczego. Tak po prawdzie, to nie zaszliśmy nim za daleko, bo w końcu rozsądek wziął górę, a i żołądki zaczęły nam przypominać, że może czas najwyższy pomyśleć o ciepłym posiłku.
Swoją drogą, Chorro Las Mozas tłumaczy się mniej więcej jako “Strumień Panien”. Związana jest z nim jedna legenda oraz jedna ciekawostka przyrodnicza. Legenda opowiada o trzech pannach, które zakochały się w miejscowym przystojniaku, lecz jego serce należało do jeszcze innej kobiety. Do tego momentu to raczej materiał na panamską telenowelę, więc uważny czytelnik zapyta: a co ma do tego rzeka? Otóż pewnego dnia trzy panny udały się do lasu, gdzie płakały tak długo, aż z ich łez powstały trzy strumienie.Zaskoczone tym odkryciem, kobiety postanowiły się w nich utopić, aby ukoić swoją nieszczęśliwą miłość i zapewne też inne problemy doczesne. Okej, przyznaję, słyszałem w życiu bardziej porywające legendy. No dobra, a ciekawostka przyrodnicza? Okazuje się, że cała dolina El Valle była kiedyś jednym wielkim jeziorem. W wyniku bliżej nieokreślonych ruchów geologicznych w ścianie krateru powstała drobna szczelina, przez którą stopniowo wyciekała cała woda. Dzisiejszy strumyk na dnie wąwozu jest więc pozostałością po ogromnej rzece, za sprawą której okolica doznała kolejnej spektakularnej metamorfozy. Niestety, legenda milczy, czy ofiara trzech panien w jakikolwiek sposób przyczyniła się do powstania wyłomu w skałach krateru.


Lekcja cierpliwości
Tras trekkingowych wokół El Valle wystarczy nawet na kilka dni łażenia po górach, tylko jest z nimi jeden problem – wszystkie prowadzą po wzgórzach wokół doliny, więc zasadniczo widok ze szczytu bardzo się nie zmienia. Na ich tle trochę wyróżnia się najwyższy punkt w okolicy, El Gaital, położony około 1 100 metrów nad poziomem morza. Pewną trudność sprawia już samo dotarcie do niego, bo początek szlaku położony jest kawałek od miasta. Na dodatek pełno jest ostrzeżeń, że o ile droga do pierwszego punktu widokowego jest całkiem w porządku, tak na dalszą ścieżkę na szczyt przydałby się lokalny przewodnik, bo obfituje ona w liczne niebezpieczeństwa. Wśród nich powszechnie wymieniane były silne wiatry, urwiska i niestabilne podłoże, a ja oczyma wyobraźni dołożyłem do tego jeszcze wrogo nastawioną faunę oraz zaginione cywilizacje. Z tego powodu cały poprzedni wieczór wraz z żoną przekonywaliśmy się wzajemnie, że samotne wejście na szczyt to głupi pomysł i tym razem wyjątkowo damy dojść do głosu rozsądkowi.
Zanim jednak poddamy próbie nasz instynkt samozachowawczy, to najpierw wypadałoby się dostać jakoś na miejsce. Wieść gminna niosła, że na miejsce powinien jeździć jakiś autobus, więc poszliśmy na główny przystanek w miasteczku i zaczęliśmy rozpytywać miejscowych. Poszło zaskakująco sprawnie, bo już drugi zaczepiony Panamczyk stwierdził, że jedzie w tym samym kierunku. Pozostało nam tylko czekać.
I czekać.
Mniej więcej po 30 minutach krycia się na przystanku przed słońcem miałem już pewne rozeznanie w kwestii transportu publicznego. Zdecydowana większość lokalnych busów nie miała jakichkolwiek oznaczeń, więc o ich kierunek trzeba było pytać za każdym razem “stewarda”, zgadywać albo najlepiej znać kierowcę od 20 lat. Trudno też mówić o jakimkolwiek opóźnieniu w sytuacji, w której żaden rozkład jazdy nie istnieje. Co jakiś czas zaczepiali nas taksówkarze, ale rzucali kwotami tak absurdalnymi, że nie było szans na dobicie targu. Przez kolejne pół godziny minęło nas pewnie z 10 kolejnych busów, z których żaden nie zamierzał dowieźć nas na miejsce. Pomimo panującego upału, z każdą kolejną przejeżdżającą obok taksówką atmosfera naszego małżeństwa uległa stopniowemu ochłodzeniu. Ewidentnie czas było podjąć jakieś kroki, bo poza jadącym w naszym kierunku starszym Panamczykiem absolutnie wszyscy inni pasażerowie zdążyli już dawno odjechać w siną dal. Po kolejnych 30 minutach gotów już byłem stracić do siebie szacunek i przystać na warunki taksówkarzy, aż tu nagle wydarzył się cud i na przystanek wtoczył się zdezelowany pick-up. Staruszek wskazał nam go głową i sam zaczął wspinać się na pakę. Z ulgą na twarzach wsiedliśmy w końcu do auta, a Panamczyk z rozbawieniem popatrzył na głupich gringos, którzy nawet marnego 1,5 godziny nie potrafią w spokoju poczekać.
Kierowca wyrzucił nas gdzieś na rozwidleniu i palcem wskazał kierunek, w którym w przybliżeniu znajduje się szlak. Chwilę później, po obowiązkowej rejestracji w stróżówce, mogliśmy zacząć trekking. Turystów było tu niewielu, a droga prowadziła przez gęsty las, w którym co chwila coś się ruszało. Dokładnie rzecz biorąc, na El Gaital rośnie “las mglisty”, który według mądrych ludzi stanowi odrębny typ lasu tropikalnego, ale jeśli ktoś nie kończył SGGW, to ma prawo ich nie odróżniać. W każdym razie my żadnych mgieł nie zauważyliśmy, natomiast otaczająca nas przyroda oraz panująca w niej cisza i tak robiły wrażenie. Na szczęście, dyskusje prowadzone poprzedniego wieczora dały efekt i po dotarciu do punktu widokowego odpowiedzialnie postanowiliśmy zawrócić z niebezpiecznej ścieżki na szczyt. Spędziliśmy jeszcze trochę czasu na oglądaniu latających w pobliżu ogromnych motyli i ruszyliśmy z powrotem w kierunku do miasteczka. Stanie na rozstaju dróg i czekanie na znak niczym w piosence zespołu “Feel” nie miało sensu, więc poszliśmy z buta. Jakieś 1,5 godziny i dwie ulewy później udało się nam nawet złapać busa, który podwiózł nas trochę do El Valle.





















Panama dla seniora
W miasteczku na upartego można odwiedzić jeszcze kilka atrakcji, jak choćby motylarnię, serpentario (rodzaj Zoo poświęconego przede wszystkim gadom) i baseny termalne. Żadna z nich nie zachęciła nas jednak wystarczająco, bo motyle już widzieliśmy, węży widzieć nie chcieliśmy, a kąpiel w wodach termalnych w 30-stopniowym upale wydała się nam mocno ekscentrycznym pomysłem. Większość dnia spędziliśmy więc spacerując po miasteczku i oglądając ptaki przez lornetkę, a tych faktycznie było od zatrzęsienia. Panamczycy patrzyli się na nas z podobnym zaciekawieniem jak my na tutejszą faunę, bo wyglądaliśmy pewnie jak zapaleni ornitolodzy, a w rzeczywistości ledwo potrafimy odróżnić bociana od turkawki. Tak czy inaczej, wystarczyło odejść kawałek od głównej uliczki El Valle, aby cieszyć się spokojem tej górskiej doliny.
Z perspektywy czasu wydaje mi się też, że było to najbardziej sielskie miejsce w całej Panamie. Tego wrażenia nie burzyły nawet lokalne bary, w których do późnych godzin nocnych grała głośna muzyka, chociaż w środku siedziało tylko kilku dziadków nad butelką Balboa. Prawdziwego szaleństwa latynoamerykańskich imprez mieliśmy jeszcze dopiero doświadczyć, bo nasz pobyt w Panamie wypadł w samym środku karnawału. O tym jednak w kolejnym odcinku.
Newsletter All Exclusive
Dostajesz za mało spamu? Jest na to sposób.
Zapisz się do newslettera All Exclusive i otrzymuj powiadomienia o najnowszych wpisach, artykułach i zmianach na stronie. W ten sposób nigdy nie przeoczysz przepisu na nowatorską nalewkę albo kolejnej historii podróżniczej. Obiecuję, że wiadomości nie będzie dużo, bo i jakiekolwiek nowe treści pojawiają się tu sporadycznie.


