Ciudad de Panama
Niewielka Panama dwukrotnie zmieniła losy świata. Pierwszy raz miał miejsce jakieś 3 miliony lat temu, kiedy to powstanie Przesmyku Panamskiego odgrodziło od siebie dwa oceany. W efekcie pojawiły się nowe prądy morskie, nastąpiła epoka lodowcowa, a klimat Afryki uległ osuszeniu. Według niektórych naukowców, ostatnie z wymienionych zjawisk mogło wpłynąć nawet na przyspieszenie ewolucji gatunku ludzkiego. Niecałe 3 miliony lat później, dokładnie to w 1914 roku, udało się z kolei ponownie połączyć Ocen Atlantycki i Spokojny przy pomocy Kanału Panamskiego. Za sprawą tego osiągnięcia droga morska z Chin do Nowego Jorku skróciła się ponad 20 tysięcy kilometrów, dzięki czemu miliony ludzi na całym świecie mogą otrzymywać swoje paczki z Temu nieporównywalnie szybciej niż do tej pory.
W polskojęzycznym Internecie można znaleźć zaskakująco mało informacji o Panamie. Kraj ten kojarzy się przede wszystkim z Kanałem Panamskim (i słusznie, ale o nim w osobnym wpisie) oraz z kapeluszem Panama, co akurat bywa mocno mylące, bo ten pochodzi z Ekwadoru. Duża część podróżnych traktuje ten kraj lekko “po macoszemu”, odwiedzając w nim głównie stolicę i wyjeżdżając zaraz do sąsiedniej Kostaryki.
Moim zdaniem niesłusznie, bo Panama ma dużo więcej do zaoferowania, a przez trochę ponad dwa tygodnie spędzone tam z żoną nie nudziłem się wcale (w czym zasługa, oczywiście, przede wszystkim żony, ale Panama też spisała się nieźle). Swoją drogą, szykując się do wyjazdu na początku lutego 2026 nie bardzo mogłem uwierzyć w prognozy pogody, bo po doświadczeniach tegorocznej zimy wydawało mi się wręcz nierealne, że gdzieś tam za siódmym morzem świeci jeszcze słońce i panują upały.
Panama City, a w zasadzie Ciudad de Panamá
Stolica Panamy oficjalnie nosi nazwę Ciudad de Panamá, co tłumaczy się po prostu jako “miasto Panama” i pozwala uniknąć potencjalnych niedopowiedzeń. Równolegle funkcjonuje jednak też nazwa rozpowszechniona przez gringos, czyli Panama City, co z kolei może prowadzić do licznych pomyłek, bo inne miasto o identycznej nazwie znajduje się na Florydzie. Tak czy owak, stolica Panamy (tej właściwej) z pokładu samolotu wygląda wręcz imponująco. Położona jest nad Oceanem Spokojnym, tuż obok wzgórz porośniętych lasem deszczowym. W jej pobliżu usytuowany jest też sam Kanał Panamski, przez co na otaczających wodach roi się od statków wszelkiego koloru i typu oczekujących na przeprawę. Natomiast na lądzie widać dziesiątki wieżowców, co jeden to o bardziej kuriozalnym kształcie. Istna metropolia, która nie ma sobie równych w Ameryce Południowej, a Europę zostawia daleko w tyle. Przynajmniej z lotu ptaka.
Bliższy kontakt z miastem, zwłaszcza z pozycji transportu publicznego, pozostawia już bardziej zróżnicowane wrażenia. Przede wszystkim Ciudad de Panamá jest niesamowicie rozciągnięta wzdłuż wybrzeża. Najbardziej widoczna (i widowiskowa) część biznesowa to tylko jej niewielki fragment, a tuż za jej granicami ciągnie się istne morze parterowych domków, najczęściej zwykłych lepianek. Im dalej od centrum, tym więcej biedy, śmieci i ogólnie wszystkiego, czego kraj najchętniej nie pokazywałby na pocztówkach. Większość turystów ma jednak okazję zobaczyć tę stronę miasta przynajmniej przez szybę, o ile tylko zdecydują się na podróż metrem w drodze do lub z lotniska Tocumen. Zdrowy rozsądek podpowiadał mi przy tym, że zwiedzanie tych rozległych terenów najlepiej będzie zostawić na inną okazję. Bez wątpienia Panama jest nieporównywalnie bezpieczniejszym krajem dla podróżnych od na przykład sąsiedniej Kolumbii, ale i tak spacer gringo po slumsach to pomysł w najlepszym wypadku ocierający się o filantropię, a w najgorszym zapowiadający prędką wizytę na ostrym dyżurze. Temat bezpieczeństwa w Panamie również postaram się szerzej poruszyć w osobnym artykule.
Bliźniaczka Miami
Zaledwie kilka stacji metrem oddzielają slumsy od dzielnicy finansowo-biznesowej. Pod wieloma względami jest to zupełnie inny świat, a już na pewno inna epoka. Tutejsza architektura pominęła tu kilka etapów rozwoju i z poziomu lepianek przeszła prosto do kilkusetmetrowych wieżowców. Jak podejrzewam, od pewnego momentu ich architekci chcieli się wyróżnić na tle pozostałych stalowych klocków, więc zaczęli też eksperymentować z formą. W efekcie powstało tu kilka całkiem oryginalnych konstrukcji, z których chyba najbardziej oryginalną jest wieżowiec F&F Tower, skręcony spiralnie wokół własnej osi, co nadaje mu kształt ogromnego loda świderka.
Chodząc po tutejszych ulicach i patrząc się na palmy, rzędy drapaczy chmur i nie mniejszą liczbę budek z hot dogami można odnieść wrażenie, że w jakiś sposób wysiedliśmy w Miami. Nie jest to skojarzenie zupełnie pozbawione sensu, bo według oficjalnych danych w obydwu miastach znajduje się… dokładnie tyle samo wieżowców (choć akurat Ciudad de Panamá wygrywa pod kątem tych największych). Do listy podobieństw można też dodać fakt, że obydwa miasta wyrosły na dopalaczu w postaci – delikatnie rzecz ujmując – gościnnego podejścia do kapitału o niejasnym pochodzeniu. Przez blisko sto lat Panama była rajem podatkowym, z którego chętnie korzystali możni tego świata. Kura pewnie nadal znosiłaby złote jajka, ale w 2016 roku wybuchła afera ochrzczona “Panama Papers”. Jej sedno polegało na tym, że grupa dziennikarzy śledczych przedstawiła dowody na unikanie opodatkowania, ukrywanie majątków i pranie pieniędzy przez polityków, miliarderów i przestępców z całego świata przy pomocy panamskich podmiotów gospodarczych. Na liście pojawiły się nazwiska z pierwszych stron gazet i cóż, przez chwilę wszystkim zrobiło się niezręcznie. Na szczęście prawo triumfowało, winni zostali ukarani, zamieszani w sprawę politycy stracili wiarygodność, a wyprane fortuny zostały skonfiskowane… Rzecz jasna, tak się nie stało, ale i tak skandal miał swoje skutki, również karne, w różnych częściach globu. Natomiast sama Panama od tego czasu zanotowała spadek liczby rejestracji nowych “anonimowych” spółek o mniej więcej połowę. Żeby to było jasne – nie to, że ten proceder o ewidentnie krętackim przeznaczeniu został raz na zawsze zakończony, ale po prostu jego skala trochę się zmniejszyła.
Z wieżowcami w Panamie wiąże się jeszcze jedno ciekawe zjawisko. Przez lata całkiem spora część z nich zdawała się stać … pusta, a i tak w pobliżu powstawały nowe, jeszcze większe biurowce. Cały sekret polegał na tym, że inwestycje w to betonowe złoto Panamy pozwalały na pranie pieniędzy, na przykład pochodzących z narkotyków. Znajdujące się w nich luksusowe apartamentowce sprzedawane były bowiem za gotówkę, bez zbędnych weryfikacji źródeł jej pochodzenia, a następnie jeszcze wynajmowane po absurdalnych stawkach, co pozwalało na regularne legalizowanie kolejnych środków. Zbiegiem okoliczności to właśnie w Panamie w 2011 roku swoją przygodę z międzynarodową deweloperką rozpoczął pewien opalony amerykański polityk… Tak czy inaczej, w 2026 roku tutejsze drapacze chmur nadal robią wrażenie, ale też widać, że swoje najlepsze lata mają już za sobą. Obecnie na tle panoramy miasta doliczyliśmy się może ze trzech żurawi budowlanych, co zdaje się potwierdzać teorię o zadyszce dotychczasowego modelu biznesowego. A może po prostu cały ten szał konstrukcyjny miał za przyczynę wyłącznie rywalizację z Miami o miejsce w przytoczonym wcześniej rankingu. Tym samym te trzy nowe budynki powinny uspokoić sytuację przynajmniej na jakiś czas.






Stare miasto i “starsze” miasto
Losy Panamy do przybycia hiszpańskich kolonizatorów w XVI wieku musiały być wyjątkowo nudne, bo na anglojęzycznej Wikipedii zasłużyły wyłącznie na dwa akapity. Natomiast od przybycia Hiszpanów, a później też kolejnych nacji, zaczęło dziać się aż za dużo. To właśnie w Panamie Europejczycy założyli jedną ze swoich pierwszych osad nad Oceanem Spokojnym, z której wyruszali poznawać Nowy Świat i notorycznie łamać większość z 10 Przykazań. Dużą rolę w eksploracji Przesmyku Panamskiego odegrał konkwistador Vasco Núñez de Balboa, który jako pierwszy gringo zobaczył na własne oczy Pacyfik. Chociaż stosowane przez niego metody trudno uznać za przyjazne tubylcom, to w dzisiejszej Panamie traktowany jest wręcz jako bohater narodowy. Na jego cześć nazwano miejscową walutę, najważniejsze ulice, a także najpopularniejszą markę piwa. Według niektórych Panamczyków jego zachowania można uznać za relatywnie humanitarne wobec rdzennych ludności, bo torturował “wyłącznie” opornych wodzów, a na dodatek potrafił się nawet zaprzyjaźnić z niektórymi tubylcami, o ile tylko wykazywali podobną do niego żądzę złota. Trzeba przyznać, że na tle innych krajów Ameryki Łacińskiej Panama wybrała sobie co najmniej nieoczywistego patrona.
Przez kolejnych ponad 150 lat Panama przeżywała gwałtowny rozwój, będąc przy okazji jednym z najważniejszych portów Imperium Hiszpańskiego. Przez tutejszy port transportowano do Europy metale szlachetne zrabowane w Ameryce Południowej. W 1671 tej sielance kres położył człowiek, którego większość z nas lepiej kojarzy z butelek sprzedawanych w Żabce po 68,99 zł. Kapitan Morgan, bo o nim tu mowa, najechał Panamę i złupił ją tak doszczętnie, że Hiszpanom nie bardzo było co zbierać. Po chwili namysłu postanowili więc zostawić zgliszcza za sobą i odbudować miasto kilka kilometrów na południe, gdzie dzisiaj znajduje się panamska starówka. Z kolei walijski korsarz za swoje zasługi otrzymał tytuł szlachecki i posadę gubernatora na Jamajce, gdzie do końca swoich dni oddawał się produkcji trzciny cukrowej i piciu rumu.
Nowe miasto zostało założone na niewielkim półwyspie, który bardziej nadawał się do obrony w przypadku kolejnego najazdu. Na przestrzeni lat Panama znacznie się jednak rozrosła, a w jej dzisiejszych granicach znajdują się tak naprawdę obydwie historyczne osady – Panama Viejo (“Stara Panama”, zniszczona przez Morgana) i Casco Viejo (“Stare Miasto”, dzisiejsza starówka). Ta pierwsza to bardziej zespół malowniczych ruin, natomiast druga to typowa dzielnica turystyczna, w której pełno jest eleganckich knajp, zabytków i sklepów z chińskimi pamiątkami. Celowo nie wymieniam akurat hoteli, bo o ile starówka za dnia jest bardzo bezpieczna, to już po zachodzie słońca bywa różnie. Bezpośrednio przylega ona do dwóch dzielnic biedy, przy czym na pierwszy rzut oka nic nie świadczy o tym, że spacerując po okolicy przekracza się jakąś niewidzialną granicę. Jak to ładnie określa jeden z portali promujących miasto – pobliskie osiedla są bogate w historię, ale nie są jeszcze gotowe na masową turystykę i zaleca się ich podziwianie z rozsądnego dystansu.
W tym miejscu muszę się też przyznać do pewnej porażki podróżniczej, bo Panama Viejo ostatecznie nie udało nam się odwiedzić. Wszystkiemu winien był międzynarodowy spisek, niewłaściwa konstelacja gwiazd, a najbardziej moja bezmyślność. Zwiedzanie tej części zostawiliśmy sobie na sam koniec wyjazdu, który akurat wypadał w poniedziałek. Jak się okazało, większość muzeów i obiektów kultury jest w Panamie zamkniętych tego dnia, a Panama Viejo nie należała – niestety – do wyjątków. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko dodać, że nie spodziewałem się w ogóle zamykania ruin starego miasta, niemniej ten argument niespecjalnie trafił do mojej towarzyszki podróży. Niestety, tę część miasta musieliśmy odłożyć na bliżej nieokreśloną przyszłość, chociaż na pewno będę do niej wracał myślami widząc na sklepowych półkach butelkę Captaina Morgana.
Z Casco Viejo poszło nam z kolei dużo lepiej. Patrząc na tutejsze zabytki można zauważyć, jak spotykały się w kraju wpływy hiszpańskie, francuskie, a od pewnego momentu również amerykańskie. Hiszpanie, najwcześniej kolonizujący te tereny, pozostawili po sobie liczne kościoły i jedne z najstarszych zachowanych budynków. Dziedzictwo francuskie wynika z kolei z tego, że to właśnie Francuzi pod koniec XIX wieku jako pierwsi spróbowali dokonać przekopu Przesmyku Panamskiego, ale pokonały ich tropikalne choroby i klimat. Z kolei współcześnie najbardziej widoczne są wpływy amerykańskie, które przejawiają chyba w każdym aspekcie życia Panamczyków. Dolar jest rzeczywistą walutą kraju (Panama bije wyłącznie własne monety o nominale 1 Balboa, równe 1 USD), na ulicach pełno jest straganów z hot dogami i hamburgerami, a na dodatek miejscowi upodobali sobie wielkie, amerykańskie samochody. Sznur aut wielkości czołgów ciągnący się przez wąskie uliczki Casco Viejo odbiera mu sporo uroku oraz trochę zniechęca do dłuższych spacerów.
Poza głównymi ulicami starówka jest całkiem klimatyczna, aczkolwiek niewielka. Po jakimś czasie znaliśmy już każdy jej zaułek, a na odwiedzenie wszystkich zabytkowych kościołów zabrakło nam motywacji. W drodze powrotnej do dzielnicy biznesowej, gdzie mieścił się nasz hotel, zahaczyliśmy jeszcze o popularny targ rybny. Działa przy nim kilkadziesiąt mniejszych i większych restauracji serwujących wszystko, co tylko da się wyłowić z morza i usmażyć na oleju. W ogóle ryby i owoce morza stanowią najlepszy element kuchni panamskiej, która normalnie jest dość tłusta i przeważnie mięsna. Za to owoce mają faktycznie doskonałe, ale już warzyw praktycznie się tutaj nie jada, a co najwyżej podaje na talerzu w formie dekoracji. Panama jest też jedynym ze znanych mi miejsc, w których owoce morza podawane są nawet w niektórych budkach z fast-foodami, trochę jak u nas kebab albo zapiekanki. W sumie nic dziwnego, jeśli mieszka się w kraju, w którym jednego dnia rowerem można odwiedzić dwa oceany.
Spacer z targu rybnego w kierunku centrum jest o tyle przyjemny, że prowadzi przez dobrze utrzymany deptak wzdłuż brzegu morza. Po zachodzie słońca pełno na nim sportowców, straganiarzy i … szopów praczy, które tylko czekają na jakieś resztki od miejscowych albo od turystów. Idąc w tę stronę można podziwiać też całą kolekcję panamskich wieżowców, na dachach których mieszczą się modne kluby i restauracje. Patrząc na nie oraz mijając oblegane publiczne boiska do kosza albo korty do padla wręcz trudno uwierzyć, że dwie stacje metra dalej po horyzont ciągną się dzielnice lepianek.




























Zielony skarb Ciudad de Panamá
Najpiękniejszą część Panamy, zarówno miasta, jak i całego kraju, stanowi jej przyroda. Jeszcze w żadnym miejscu na świecie nie spotkaliśmy na wolności tylu gatunków zwierząt, aczkolwiek jest to wyłącznie oczywiście nasze osobiste doświadczenie. W granicach miasta znajdują się przy tym co najmniej dwa miejsca, w których można nacieszyć się lokalną naturą. Pierwsze z nich, wzgórze Ancon (Cerro Ancon), zapowiada się pod tym kątem dość niepozornie. Z oddali widać na nim przede wszystkim ogromną flagę Panamy, natomiast to, co najciekawsze, kryje się w otaczającym je lesie.
Na szczyt prowadzi zadbana ścieżka, której pokonanie zajmuje mniej więcej pół godziny. Jest to czas zupełnie teoretyczny, bo po drodze nie da się nie zrobić jednego albo i kilku przystanków na podziwianie miejscowej flory albo fauny. Podczas krótkiego spaceru na tej trasie spotkaliśmy między innymi aguti, kilka dziwnych ptaków, a na sam koniec pierwszego w naszym życiu leniwca. Wspomniany osobnik nie wydawał się przy tym wcale flegmatyczny, bo z werwą zasuwał po okolicznych drzewach. Jak się okazało, wzbudził swoją obecnością duże poruszenie również wśród miejscowych, a my spędziliśmy pewnie z pół godziny patrząc się na tego dalekiego krewnego mrówkojadów. A kiedy chwilę później pojawiło się w okolicy jeszcze stado tukanów, to już w ogóle nie wiedzieliśmy, na czym skupić wzrok. Szczęśliwie jeszcze przed wyjazdem zainwestowaliśmy w najprostszą lornetkę, która przydała się nam niezliczoną liczbę razy podczas całej podróży po Panamie.
Ze szczytu rozciąga się też ładny widok na miasto oraz na znajdujący się po drugiej stronie wzniesienia Kanał Panamski. Z tej perspektywy dobrze też widać rozmiary całej infrastruktury otaczającej tę przeprawę pomiędzy dwoma oceanami. Swoją drogą, z Kanałem Panamskim nierozłącznie związana jest też historia Cerro Ancon. Przez większą część XX wieku zarówno wzgórze, jak i otaczające je tereny były pod pełną kontrolą Amerykanów. W celu obrony demokracji, sprawiedliwości i pokoju na świecie Jankesi uzyskali prawo do zarządzania Kanałem, a także przylegającymi do niego terenami. W okolicach Cerro Ancon znajdowała się więc mała kolonia amerykańska, której architektura i klimat mocno odróżnia się do dzisiaj od położonego niedaleko Casco Viejo. Po odzyskaniu częściowej kontroli nad tym terenem w 1977, jedną z pierwszych decyzji Panamczyków było umieszczenie na szczycie wzgórza ogromnej flagi swojego kraju.
W Ciudad de Panamá znajduje się też prawdziwy las tropikalny, spełniający rolę czegoś pomiędzy parkiem a ZOO. Do spacerów udostępniona jest wyłącznie niewielka jego część, ale i tak wizyta tutaj daje okazję do zobaczenia całej masy ciekawych rzeczy. Jak informuje oficjalna strona, na terenie parku można spotkać ponad 600 gatunków roślin oraz niewiele mniejszą liczbę zwierząt (w tym 39 rodzajów węży). Tych ostatnich akurat udało nam się uniknąć, ale znaleźliśmy za to kolejne dwa leniwce, tym razem faktycznie ceniące sobie odpoczynek. Tak po prawdzie, to za każdym razem zostały nam one przez kogoś pokazane, bo zauważenie tego nieruchomego zwierzęcia patrząc pod słońce przekraczało zdolności naszych soczewek korekcyjnych. Z ich trybem życia ma to sens, bo miliony lat ewolucji przystosowały je raczej do unikania wzroku drapieżników, niż do pozowania do zdjęć na Instagrama. Idąc sobie po parku spotkaliśmy też kolejne aguti, jeszcze więcej ptaków wszystkich kształtów i kolorów, a na sam koniec przebiegło nam drogę… coś. Tym czymś okazał się później ostronos białonosy, noszący po hiszpańsku wdzięczną nazwę “gato solo”. Na tym etapie myślałem, że bardziej egzotycznego zwierzęcia już w Panamie nie zobaczymy, ale dalsza wycieczka po kraju jeszcze kilka razy kazała mi zrewidować moje poglądy w tym zakresie.
Podczas naszych spacerów w kilku miejscach natknęliśmy się na różnego rodzaju tabliczki edukacyjne. Co do zasady, nie jest to nic zaskakującego w takim miejscu, ale ich treść była nietypowa i po raz kolejny pokazywała, pod jak silnym wpływem USA pozostaje Panama. Jedna z takich tabliczek tłumaczyła, jak ważne dla ekosystemów są lasy i jak bardzo należy je chronić przed niepohamowaną wycinką do celów gospodarczych. Do tej pory wszystko trzyma się kupy, ale przykłady tłumaczące te zjawiska były – powiedzmy – nieoczekiwane. Autorzy wyjaśniali bowiem, że w Panamie trzeba dbać o lasy tak samo, jak o te znajdujące się w amerykańskim Ohio. Żeby było jasne, są to zupełnie dwa różne rodzaje ekosystemów, ale najwidoczniej twórcy doszli do wniosku, że bez jasnej analogii do USA przeciętny gringo nie będzie w stanie pojąć koncepcji ochrony przyrody. A, no i najciekawsze znajdowało się na dole, dopisane drobnym druczkiem: “Powyższe poglądy i wnioski nie mogą być interpretowane jako oficjalne stanowisko rządu USA”.











Panamska apokalipsa transportowa
Pewnego dnia wracaliśmy sobie transportem publicznym z okolic Kanału Panamskiego (o czym więcej w osobnym wpisie) i na chwilę przed zachodem słońca chcieliśmy wybrać się na położoną na południu miasta Calzada de Amador. Jest to kolejny popularny deptak w mieście, który łączy z lądem cztery wysepki na Zatoce Panamskiej. Zbudowano go z kamieni wydobytych podczas budowy Kanału, a na dodatek rozciąga się z niego tak ładny widok na miasto, że swoją rezydencję wybudował tu kiedyś Manuel Noriega, dawny dyktator tego kraju. Innymi słowy – powodów aż nadto, żeby wybrać się tu dłuższy spacer.
Do pewnego momentu wszystko szło nieźle. Rozgryźliśmy już podstawy transportu publicznego, zidentyfikowaliśmy właściwy autobus i nawet udało się nam do niego wsiąść bez zbędnego czekania. Według naszych szacunków, za jakieś 15 minut powinniśmy dotrzeć na koniec Amadora, co pozwoli nam na powrót do miasta jeszcze przed zachodem słońca. Kierowca ruszył z przystanku i … wjechaliśmy w monstrualnej wielkości korek. Ulice dosłownie stały, a nasz autobus poruszał się z prędkością żałosną nawet jak na standardy tutejszych leniwców. Zdążyło minąć 10 minut, potem 20 minut, pół godziny, zajść słońce, mi wyrosła broda, 45 minut, z żoną przedyskutowaliśmy możliwość rozwodu, aż w końcu po jakiejś godzinie dojechaliśmy do kolejnego przystanku jakieś… 500 metrów od początku naszej trasy. Wtedy myślałem jeszcze, że doszło do jakiejś niecodziennej katastrofy, o której pewnie rozpisują się media w całym kraju.
Nic bardziej mylnego.
Wspomniałem już wcześniej o zamiłowaniu Panamczyków do amerykańskich samochodów. Miejscowi uznają posiadanie auta made in USA za oznakę statusu, a wiadomo, im większe, tym lepsze. W efekcie po drogach poruszają się setki pojazdów bardziej odpowiednich na bezdroża Namibii, niż na wąskie uliczki Ciudad de Panamá. Skutery nie cieszą się tutaj zbytnią popularnością, a rowerami poruszają się głównie turyści albo co bardziej wysportowani miejscowi podczas niedzielnych wycieczek. Dodajcie do tego jeszcze wieloletnie zaniedbania w kwestiach infrastruktury, nagły boom budowlany (czyli dziesiątki wieżowców na niewielkiej powierzchni), słaby transport publiczny i do tego tragiczną kulturę jazdy, a otrzymacie przepis na komunikacyjną katastrofę. W dni robocze w godzinach szczytu stoi tu absolutnie wszystko, a nad ulicami rozciąga się jeden wściekły ryk klaksonów.
Według niektórych Panamczyków, dojeżdżając do centrum spoza miasta można dziennie spędzić w korkach nawet do 4-5 godzin. Najgorzej jest, oczywiście, przy drogach wjazdowych i wyjazdowych ze stolicy. Rozwiązaniem problemu mają być w najbliższym czasie nowe obwodnice oraz trzecia linia metra, a w zasadzie pociągu, bo sięgać będzie on nawet do 30 kilometrów poza Ciudad de Panamá. Na ten moment jest to wciąż pieśń przyszłości, w którą trudno uwierzyć, patrząc na panamskie ulice w godzinach szczytu.

Panama to nie tylko (Ciudad de) Panamá
Stolica Panamy to ogromne miasto, które pozytywnie nas zaskoczyło. Zarówno w jego granicach, jak i w najbliższej okolicy, można znaleźć mnóstwo rozrywek na co najmniej kilka dni. W pobliżu znajduje się przede wszystkim Kanał Panamski, Park Narodowy Sobrania, Isla Taboga, a podróżni bardziej zainteresowani miejscowym kolorytem mogą iść też na mecz panamskiej ekstraklasy. Błędem byłoby jednak ograniczenie swojej wizyty w tym kraju wyłącznie do Ciudad de Panamá, bo ma on do jeszcze dużo więcej do zaoferowania. Póki co więc udajemy się na rajskie wyspy San Blas, na których woda jest błękitna, piasek złocisty, a nad wszystkim powiewają swastyki.
Newsletter All Exclusive
Dostajesz za mało spamu? Jest na to sposób.
Zapisz się do newslettera All Exclusive i otrzymuj powiadomienia o najnowszych wpisach, artykułach i zmianach na stronie. W ten sposób nigdy nie przeoczysz przepisu na nowatorską nalewkę albo kolejnej historii podróżniczej. Obiecuję, że wiadomości nie będzie dużo, bo i jakiekolwiek nowe treści pojawiają się tu sporadycznie.


