Ranking: Gdzie zmoknąć na wschodnim wybrzeżu Irlandii i niewiele zobaczyć?

Mądrzy ludzie i naśladująca ich SI piszą w Internecie, że w Irlandii panuje umiarkowany i morski klimat. W dużym uproszczeniu oznacza to, że rzadko bywa tu bardzo ciepło, ale za to mrozy również należą do rzadkości. Przed wyjazdem na wyspę warto się też przygotować na każdą możliwą pogodę, bo w Irlandii pada równie często, co niespodziewanie. Pomimo wszystko, zazwyczaj nawet jesienią można tu trafić na słoneczny dzień i miło spędzić czas na świeżym powietrzu. W meteorologicznej ruletce można też trafić na orkan Amy i wtedy krótki urlop w Irlandii przybiera zdecydowanie mniej przyjemne oblicze. Niniejszy ranking powstał właśnie na podstawie tego drugiego wariantu.

Realizując skromną misję publiczną tego portalu, wypada wyjaśnić w kilku słowach, czym w ogóle jest orkan. W dużym skrócie – jest to taki rodzaj cyklonu, który wieje nad Europą. Wyprzedzając kolejne pytanie, dodam od razu: cyklon to w uproszczeniu cholernie silny wiatr, który w dodatku posiada formę wielkiego wiru. Abstrahując od dalszych rozważań meteorologicznych, obydwa wspomniane zjawiska atmosferyczne nie oznaczają dla przeciętnego człowieka nic dobrego. Panuje też powszechna zgoda co do tego, że w takich warunkach piesze wędrówki w naturze nie należą do najprzyjemniejszych doznań. Przy tak niesprzyjającej pogodzie najlepiej byłoby więc zamknąć się w jakiejś przytulnej kawiarni albo pubie i poczekać na lepsze czasy. Jeśli jednak nie bardzo potraficie usiedzieć na miejscu (i posiadacie bardzo dobrą kurtkę przeciwdeszczową), to specjalnie dla Was portal All Exclusive przygotował listę 5 najpiękniejszych miejsc na wschodnim wybrzeżu Irlandii, gdzie w sprzyjających warunkach możecie przemoknąć do suchej nitki i niewiele zobaczyć.

Orkan Amy i inne zjawiska pogodowe

Całą historię trzeba zacząć od drobnej, ale istotnej uwagi – naprawdę warto słuchać ostrzeżeń pogodowych, a w przypadku poważnych zjawisk atmosferycznych należy zostać w domu. Wbrew obiegowej opinii, na wakacjach wcale nie jesteśmy kuloodporni, a mało kto chciałby sprawdzać w praktyce, jaki dokładnie zakres posiada jego ubezpieczenie turystyczne. Poniższa historia powstała w większości na podstawie tych krótkich chwil, w których ściana deszczu zmieniała się w zwyczajną ulewę, a wiatr z piekła rodem osłabiał się do poziomu grożącego wyłącznie urwaniem głowy.

Wszystko to za sprawą wspomnianego orkanu Amy, który uderzył w Północną Europę na początku października i spowodował dużo więcej szkód, niż tylko popsute urlopy. Wedle różnych szacunków, towarzyszył mu wiatr wiejący z prędkością około 130-150 km/h, co jest nielichym osiągnięciem. Mała ciekawostka – znana większości (przynajmniej ze słyszenia) skala Beauforta, wykorzystywana do określenia siły wiatru posiada 12 stopni. Maksymalny, 12-ty stopień dotyczy wiatru, który przekracza 118 km/h i już przy tej prędkości jest to zjawisko bez mała katastrofalne. Pomimo niewesołych warunków jedno trzeba też przyznać Irlandczykom: nie tracili pogody ducha, a byle cyklon nie powstrzymywał ich przed założeniem krótkich spodenek na wieczorne wyjście do pubu.

Mieszkańcy Irlandii zdają się być przyzwyczajeni do większych lub mniejszych opadów, co dużo mówi o szansach ich wystąpienia podczas potencjalnego urlopu na zielonej wyspie. Poniższy ranking powstał więc z myślą o przyszłych podróżnych, których również nie będzie rozpieszczał “umiarkowany, morski klimat”.

O, dokładnie w takich warunkach należy przeczekać orkan.

Miejsce 5: Lough Tay i okolice

Mniej więcej godzina drogi samochodem dzieli lotnisko w Dublinie i jezioro Lough Tay. Trzeba przy tym dodać, że jest to godzina w ruchu lewostronnym, więc dla przeciętnego polskiego kierowcy obfituje ona w różne zaskoczenia, zagrożenia i szeroko rozumiane nieprzyjemności. Nie zrozumcie mnie źle – ogólnie bardzo polecam wynajęcie samochodu w Irlandii, bo jest to usługa zaskakująca tania na tle innych kosztów życia. Na dodatek, jeśli wykupi się pełne ubezpieczenie i zawczasu ureguluje sprawy dziedziczenia, jazda po lewej może stanowić pouczające doświadczenie. Podobno Wyspiarze uważają nawet, że ruch lewostronny jest bardziej naturalny od prawostronnego, ale umówmy się – twierdzą tak ludzie, którzy za normalny posiłek uważają kanapkę z chipsami octowymi. Dla wszystkich pozostałych wjazd na trzypasmowe rondo w tym systemie pozostaje niemałą zagadką logiczną.

Celowo rozpisuję się nad kwestiami motoryzacyjnymi, bo po przyjeździe w okolice Lough Tay w strugach deszczu najzwyczajniej na świecie niewiele widać. W okolicy znajdują się, co prawda, dwa punkty widokowe, które trochę ratują sprawę, no ale na jakikolwiek spacer trudno się wybrać w takich okolicznościach. Szkoda, bo tras trekkingowych jest tu sporo i (jak wmawia nam Internet) przy pięknej pogodzie jest to wspaniałe miejsce do kontaktu z irlandzką naturą. W drodze na jeden z punktów widokowych przejeżdża się też przez (podobno) znany most z (podobno) bardzo znanej komedii romantycznej P.S. I Love You. Most dane mi było obejrzeć z daleka, a filmu wcale, choć chyba bardziej żałuję tego pierwszego. Niemniej w taką pogodę nawet spragnione romantycznych zdjęć podróżniczki co najwyżej strzelały mu szybką fotkę i biegiem wracały do samochodu. Innymi słowy – wspaniałe miejsce, żeby zmoknąć i niewiele zobaczyć. Punkt pierwszy na naszej liście odhaczony.

Dobra, brak doznań wizualnych nie oznacza jednak, że Lough Tay nie zasługuje na dłuższą wzmiankę. Przede wszystkim warto wyjaśnić, skąd też wzięła się jego oryginalna nazwa. Tak w dużym skrócie: w sumie nie wiadomo, choć niektórzy twierdzą, że Lough Tay pochodzi od irlandzkiego określenia na “jezioro herbaciane”. Teoria ta ma pewne niedociągnięcia, bo obecna nazwa funkcjonowała podobno jeszcze w połowie XVII wieku, kiedy to herbata była nieznana w tych okolicach. Tak czy owak, jezioro posiada też swoją inną nazwę, której pochodzenie ma o wiele więcej sensu, a mianowicie “Jezioro Guinessa”. Wynika ona z prozaicznego faktu, że znajduje się na terenach należących do znanego na całym świecie irlandzkiego magnata piwowarskiego. Podobno rodzina Guinessa wysypała na brzegu jeziora nawet niewielką plażę z bielutkiego piasku, aby z daleka jezioro wyglądało jak dobrze spieniony kufel Guinessa.

Na wstępie uprzedzam – wszystkie zdjęcia zamieszczone w tym artykule zostały zrobione iPhonem mojej żony. Ten telefon ma taką ciekawą właściwość, że wszystkie fotki nim wykonane od razu przechodzą przez setki filtrów i innych ulepszaczy. W efekcie świat i ludzie wyglądają na piękniejszych i bogatszych, niż są w rzeczywistości, a deszczowa pogoda wygląda na prawie przyjemną. Nie dajcie się zwieść pozorom.
Na punkcie widokowym znajduje się takie oto pocieszne ostrzeżenie.
Tu z kolei zdjęcie zrobione innego dnia, w zupełnie ładną pogodę. Oczywiście, fotografia poza konkursem.
Jeszcze więcej wody, tym razem w formie wodospadu.

Miejsce 4: Miasteczko Wicklow

Jedziemy dalej w naszą trasę po deszczowej Irlandii. Niewielkie miasteczko Wicklow jest stolicą hrabstwa Wicklow, na którym znajduje się największy irlandzki park narodowy o nazwie (tu niespodzianka) Wicklow. Miasteczko zostało założone bardzo dawno temu przez Wikingów, którzy najwidoczniej byli lepsi w najazdy, niż wymyślanie różnorodnych nazw. Do Wicklow podróżnych ściąga perspektywa odwiedzenia kilku zabytków, zrobienia zakupów lub wizyty w restauracji, a niekiedy nawet zaliczenia wszystkich powyższych atrakcji. Dodatkowo położone jest nad samym wybrzeżem, co prawdopodobnie stwarza dogodną okazję do pieszych wędrówek wzdłuż morza, ale w strugach deszczu niewiele osób się na to decyduje.

Chyba największą atrakcją miasteczka są ruiny Castle Black, stanowiące pozostałości po warowni wzniesionej przez Normanów gdzieś w połowie XII wieku. Na przestrzeni kolejnych stuleci o zamek bili się wszyscy, którzy akurat mieszkali w okolicy lub też planowali się w niej osiedlić. Kilkaset lat używania argumentu siły wywarło spodziewany efekt i dzisiaj z dawnego zamku zostało raptem kilkadziesiąt kamieni, choć za to bardzo ładnie położonych nad brzegiem morza.

U podnóża Castle Black rozciąga się też niewielka plaża, z którą związana jest pewna historia religijno-stomatologiczna. Otóż dawno temu święty Patryk płynął wraz z grupką mnichów do Wicklow, aby na miejscu nieść kaganek oświaty i nawracać miejscowych na chrześcijaństwo. Najwidoczniej dawnych Irlandczyków nie bardzo pociągała wizja chodzenia ze święconką i dawania na tacę, bo duszpasterzy zbliżających się do lądowania na plaży przywitał grad kamieni. Tak się jakoś złożyło, że jeden z nich trafił w twarz kolegę świętego Patryka, który w wyniku zdarzenia zyskał przezwisko “Mantach”, co oznacza mniej więcej “Bezzębny”. Święty Patryk zarządził taktyczny odwrót, a jego łódź zawróciła ku bardziej bogobojnym brzegom. “Bezzębny” poczuł się natomiast urażony doznanymi stratami w uzębieniu i za punkt honoru postawił sobie nawrócenie ludności Wicklow na jedyną słuszną wiarę. Kiedy w końcu jakiś czas później w osadzie powstał pierwszy kościół, w miejscowym języku nosił on nazwę Cill Mhantáin, czyli “Kościół Bezzębnego”. Cóż, gdyby wspomniany kamień nieco zboczył z trasy, to podobny przydomek mógłby nosić sam święty Patryk. Swoją drogą ciekawe, jak w takiej sytuacji Irlandczycy świętowali by dzień swojego patrona.

Tak czy owak, w deszczowe popołudnie ani zamek, ani pobliska plaża nie zapewniają najmniejszej ochrony przed wiatrem i opadami. Innymi słowy – punkt obowiązkowy podczas każdego orkanu.

Jak widać po zdjęciach, na przestrzeni lat Castle Black doznał lekkich uszkodzeń.
Oto plaża, na której święty Patryk o mało nie dostał kamieniem w zęby.
Samo Wicklow to portowo-rybackie miasteczko.
Wicklow dorobiło się za to całkiem ładnego kościółka.

Miejsce 3: Ciekawy kamień pośrodku niczego (znany również jako The Mottee Stone)

Gdzieś na wzgórzu pośrodku absolutnie niczego znajduje się ciekawy kamień, przez miejscowych nazywany The Mottee Stone. Z jakiegoś powodu stanowi on atrakcję turystyczną, a przynajmniej za taką uznawany jest przez mapy Google. Według przewodnika po regionie, w pogodny dzień można dostrzec z jego szczytu pięć hrabstw otaczających Wicklow, a przy bardzo dobrej pogodzie widać podobno nawet góry Walii po drugiej stronie Morza Irlandzkiego. Jako ciekawostkę powiem natomiast, że w trakcie orkanu żadnych gór nie było widać, a i do samego kamienia przy porywistym wietrze nie było wcale tak łatwo dotrzeć. Faktycznie, ze wzgórza rozciąga się bardzo ładny widok, który pewnie przy bardziej sprzyjających warunkach mógłby zachęcić do spaceru po okolicy. Niestety, problem pojawia się wtedy, kiedy walory estetyczne przesłaniają nam sunące w naszym kierunku chmury burzowe. W takich warunkach może nam umknąć nawet istotny fakt, że irlandzka prowincja jest naprawdę ładna. Co ciekawe, w kamień wbite są metalowe pręty, które tworzą prowizoryczną drabinkę i umożliwiają wejście na szczyt. Podobno wykonanie drabinki zlecił kiedyś bogaty właściciel tych ziem, aby jego żona mogła podziwiać z odpowiedniej wysokości wszystkie należące do niej włości. Prawdopodobnie jednak na taką wycieczkę wybierała się wyłącznie w pogodne dni, kiedy można było zobaczyć góry Walii.

No dobrze, ale skąd w zasadzie wziął się ten kamień pośrodku niczego? Jest na ten temat kilka teorii. Według jednej z nich, dawno temu został rzucony w to miejsce przez samego Fionna Mac Cumhailla, legendarnego irlandzkiego herosa. Do jego osiągnięć należy między innymi zbudowanie Grobli Olbrzyma (znajdującej się na terenie dzisiejszej Irlandii Północnej), zjedzenie Łososia Mądrości (nawet nie pytajcie) i najwidoczniej rzucanie kamieniami na lewo i prawo. Inna wersja wspomina z kolei coś o lądolodach i głazach narzutowych, natomiast jej wiarygodność jest w najlepszym wypadku umiarkowana. Jak powszechnie wiadomo, lądolody w Irlandii nie występują, a łososie za to jak najbardziej.

Niezależnie od swojego pochodzenia, the Mottee Stone nie posiada zadaszenia, więc zmoknąć można pod nim pierwszorzędnie. Otrzymuje za to duży plus w naszym rankingu, a my ruszamy na dalszy objazd zielonej wyspy.

Do wspomnianego kamienia prowadzi kilka ścieżek, co jedna, to bardziej ubłocona.
Ewidentnie zbiera się na deszcz. Tak dla odmiany.
Początek października, a Irlandia nadal pełna jest świeżej zieleni.
Kamień z drabinką. Rzadki widok w naturze, ale w Irlandii się zdarza.
Naprawdę, nie mogłoby być tak cały czas?
Po drodze spotkaliśmy stado bażantów. Niesamowite, jak nieporadne są to zwierzęta.

Miejsce 2: Dublin, a w zasadzie dublińskie bary

Ach, Dublin, wspaniałe miasto Jamesa Joyce’a, Bono i tysięcy polskich emigrantów. Dom browaru Guinnessa, który stał się nie tylko podstawą zbilansowanej diety wielu Irlandczyków, ale też symbolem całego kraju. Dublin wspaniale nadaje się przy tym do odwiedzin podczas jesiennej słoty, bo jego mieszkańcy na przestrzeni wieków wymyślili najlepsze lekarstwo na wszelką niepogodę – irlandzkie puby. Pewnie zaraz obok muzyki Eda Sheerana jest to najczęściej eksportowane dobro kulturalne wyspy, a założenie baru jest chyba pierwszym pomysłem każdego Irlandczyka na emigracji. Nie ma się im zresztą co dziwić, bo potomkowie Celtów naprawdę znają się na rzeczy, a wypicie piwa lub pięciu w ich barze to zawsze dobry pomysł na wieczór.

Z oczywistych względów, w żadnym innym miejscu na ziemi nie znajdziemy aż tylu irlandzkich pubów, co w Dublinie. Z kolei nigdzie w samym Dublinie nie ma ich aż tyle, co na ulicy Temple Bar, na której znajdziemy też słynny lokal o tej samej nazwie. Nawiasem mówiąc, „temple bar” nie oznacza wcale „świątynnego baru”, a przynajmniej nie od tego pochodzi jego nazwa. Otóż okoliczne tereny należały kiedyś do niejakiego Sir Williama Temple, a „bar” to dawne słowo określające łachę piachu nad rzeką. Ta informacja nie zmieni w żaden sposób Waszego życia, ale poczułem się zobowiązany dorzucić jakiś element edukacyjny przy akapicie zachwalającym szlajanie się po barach. Jeśli natomiast ktoś poszukuje kompromisu pomiędzy zdrowym stylem życia a doświadczeniem irlandzkiej kultury barowej, to mogę zdradzić, że bezalkoholowy Guinness jest zaskakująco smaczny.

W irlandzkich pubach jest ładnie, przytulnie i cholernie drogo. Pomimo wszystko, warto zostać w nich na dłużej, bo każdego wieczora w większości szanujących się lokali rozbrzmiewa muzyka na żywo. Co przy tym istotne, Irlandczycy naprawdę potrafią śpiewać i można to zauważyć niezależnie od liczby złożonych przy ladzie zamówień. To na swój sposób niesamowite, ale tutejszy przeciętny knajpowy zespół w porównaniu z naszymi gwiazdami RMF-u brzmi niczym chór anielski przy chórze parafialnym.

Wnikliwy czytelnik zada być może pytanie, że póki co bardzo niewiele przemawia za tak wysoką lokatą Dublina w prestiżowym rankingu „gdzie zmoknąć i niewiele zobaczyć w Irlandii” portalu All Exclusive. Zupełnie jak w przypadku wszystkich innych zaskakujących ocen na świecie, mogą być tu tylko dwa wytłumaczenia – znajomości lub korupcja. W tym wypadku akurat mamy do czynienia z obydwoma powyższymi czynnikami. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że właśnie w Dublinie spotkałem się z niespodziewanym przejawem ludzkiej życzliwości i poczuwam się do jego symbolicznego odpłacenia.

W kulturze masowej utarło się przekonanie, że mieszkańcy Wysp Brytyjskich są nad wyraz kulturalni i uprzejmi. Faktycznie, kogoś wychowanego nad Wisłą pewnie zdziwi „good morning” wypowiedziane przez przypadkowego przechodnia, natomiast można to jeszcze uznać za wyraz powierzchownej grzeczności miejscowych. Przyjąłem jednak za pewnik, że tam, gdzie zaczynają się pieniądze, na dżentelmeńskie zachowania nie ma już co liczyć. Zacznijmy jednak od początku.

Przy muzyce i kuflu Guinnesa łatwo się zasiedzieć do późna i nawet zapomnieć, że za oknem baru od kilku godzin niestrudzenie leje deszcz. Na jakimś etapie wypada wrócić w końcu do mieszkania i właśnie tu turyści w Dublinie mogą napotkać realną trudność. Nocny transport miejski w Dublinie wydaje się dobrze zorganizowany, a na pewno tańszy od taksówki, przez co stanowi pierwszy wybór każdego podróżnego z wężem w kieszeni. Problem w tym, że jeśli nie posiadamy tutejszej karty miejskiej, to bilet na przejazd możemy nabyć wyłącznie gotówką i w tym celu musimy posiadać dokładnie odliczoną kwotę. Sprawa się komplikuje, jeśli zasady tutejszego systemu odkrywacie dopiero późno w nocy, kiedy kioski z biletami są już zamknięte, a w portfelu trzymacie na czarną godzinę wyłącznie jeden banknot o dużym nominale. Z ciężkim sercem wsiadałem więc do nocnego autobusu, licząc się z tym, że albo w ogóle nie uda nam się zapłacić za przejazd albo też słono za niego przepłacimy. I w tym właśnie momencie wydarzyło się coś, czego nauczony latami doświadczeń na tym łez padole najmniej się spodziewałem. Otóż kierowca spojrzał na nas, upewnił się, że nie mamy żadnych monet i … przyjaźnie machnął ręką, żebyśmy wsiadali na pokład, a zapłacimy mu „innym razem”. Moment, że co? Uprzejmości uprzejmościami, ale w większości miejsc świata kończą się one tam, gdzie zaczyna się 4 euro i 80 centów. Cóż, mogę tylko powiedzieć, że ten nieoczekiwany wyraz życzliwości wywarł na mnie takie wrażenie, że dzisiaj po znajomości daję Dublinowi drugie miejsce w naszym rankingu. Choć prawdę mówiąc, to akurat w irlandzkiej stolicy znajdziemy aż nadto miejsc, w których można przyjemnie spędzić czas nawet przy słabej pogodzie.

Przez Dublin przepływa rzeka Liffe, która dzieli miasto na dwie części i stwarza dogodne warunki do zakładania pubów nad jej brzegami.
Irlandzkie bary posiadają imponujące kolekcje whisky. Irlandzkiej, oczywiście.
Wnętrze starej biblioteki uniwersyteckiej w Dublinie. Tam też można się schronić w deszczową pogodę.
Kampus Trinity College. Ładny, ale w słoneczny dzień na pewno bardziej oblegany.
Słynny Temple Bar.
Browar Guinessa, serce Dublina.
Mecz i Guiness. Sposób na udane irlandzkie popołudnie.

Miejsce 1: Dolina Glendalough

Przyszła pora na zwycięzcę konkursu na najlepsze miejsce na wschodnim wybrzeży Irlandii, w którym można doszczętnie zmoknąć i niewiele zobaczyć. Przed Państwem: znana i lubiana dolina Glendalough, czyli cel licznych jednodniowych wycieczek z Dublina. Na jej terenie znajdują się dwa malownicze jeziora, a pomiędzy nimi jeszcze ruiny średniowiecznego klasztoru. Nie bez powodu ściągają tu tłumy turystów, bo przy dobrej pogodzie dolina oferuje niesamowite widoki i mnóstwo tras spacerowych. Jest tylko jeden mały szkopuł – no właśnie, przy dobrej pogodzie.

Nasza historia zaczęła się wyjątkowo niewinnie. Na sobotni poranek prognozy w końcu pokazywały lekkie rozpogodzenie, dlatego też na parkingu pod doliną zameldowaliśmy się chwilę po 8 rano. Drobne wątpliwości wzbudziła w nas informacja, że tego dnia termometry wskazywać będą około 14 stopni, natomiast odczuwalna temperatura wyniesie około -4 stopni. Najwidoczniej coś musiało się tym meteorologom pokiełbasić, bo takie zjawiska w przyrodzie przecież nie występują. Zadowoleni z siebie oraz z wyłącznie lekkich opadów, ruszyliśmy na najdłuższy z dostępnych szlaków. Miał on prowadzić wzdłuż obydwu jezior, a po drodze oferować kilka spektakularnych punktów widokowych.

Niestety, jego zasadnicza część była w tym czasie w remoncie, przez co zmuszeni byliśmy skorzystać z okrężnej drogi. Pierwotnie prowadziła ona wzdłuż lasu, w związku z czym traciliśmy najlepsze krajobrazy, uwiecznianie zazwyczaj na każdej relacji z Glendalough. Sytuacja groziła dalszym spadkiem morale drużyny, i tak mocno nadwyrężonymi strugami deszczu z poprzedniego dnia. Nieoczekiwanie jednak na szlaku natrafiliśmy na całe stado jeleni, które wydawały się bardzo zainteresowane spotkaniem człowieka. Były przy tym całkiem towarzyskie i ewidentnie nie wyrażały sprzeciwu wobec uwiecznienia ich na fotografiach. Odprowadziły nas wzrokiem aż na szczyt góry, choć same wcale nie kwapiły się do podążania naszymi śladami. Ewidentnie były to bardzo mądre zwierzęta, czego nie możemy powiedzieć o sobie.

Po wejściu na górę w końcu dotarliśmy na jeden z punktów widokowych. Rzeczywiście, położone w dolinie jeziora prezentowały się spektakularnie, ale jak na złość akurat w tym momencie doszło też do załamania pogody. Na dodatek na szczycie straciliśmy też jakąkolwiek osłonę od wiatru, zapewnianą do tej pory przez ścianę lasu. W tym miejscu dalszy szlak prowadził w dół doliny po wąskiej drewnianej ścieżce, w którą dla poprawy przyczepności wbite były zakrzywione gwoździe. Wyglądało to fajnie, a przy ładnej pogodzie trasa biegnąca wzdłuż klifu na pewno była też bardzo fotogeniczna. Cały problem w tym, że akurat teraz orkan Amy postanowił przypomnieć o swojej obecności. Gdzieś tak w połowie drogi obok urwiska w twarz pryskały nam już chyba wszystkie możliwe opady atmosferyczne, z cholernie nieprzyjemnymi igiełkami lodu na czele. Były one jednak naszym najmniejszym zmartwieniem, bo z kolei wiatr wiał na tyle mocno, że chwilami dosłownie zatrzymywał nas w miejscu. Najwidoczniej wykorzystywał on zbocze sąsiedniej góry do tego, aby rozpędzić się jak Małysz w Willingen w 2001 roku. Powrót ścieżką nad klifem nie miał już sensu, więc zostało nam tylko iść do przodu.

Przysłowie mówi, że nie ma złej pogody, są tylko źle ubrani ludzie. Cóż, w takim razie my z całą pewnością byliśmy źle ubrani. Spodnie, które były w sam raz na trekking po kolumbijskiej dżungli najpierw przemokły do reszty, a obecnie po prostu zamarzły. Kurtka, w teorii przeciwdeszczowa, odmówiła dalszej współpracy i zakończyła swoją kilkunastoletnią karierę. W efekcie na pewnym etapie mokre mieliśmy absolutnie wszystko. Patrząc na to z dobrej strony, na pewno nie groziło nam odwodnienie. Trochę jednak szkoda, że o cieszeniu się widokami nie było nawet mowy.

Kiedy w końcu zeszliśmy ze wzgórza i schowaliśmy się za skałami, spotkaliśmy pierwszą tego dnia grupę innych turystów. Zmierzali na szczyt tą samą trasą, ale z przeciwnego jej końca. Spojrzeli na nas lekko zdziwieni, bo wyglądaliśmy jak po wejściu w klapkach na K2. Grzecznie zasugerowaliśmy podróżnym, że trasa nie należy dzisiaj do najprzyjemniejszych, ale z perspektywy doliny osłoniętej od deszczu i wiatru wręcz trudno było w to uwierzyć. Każde z nas ruszyło więc w swoją stronę – my w kierunku parkingu, a napotkani turyści na prawdopodobne spotkanie z tutejszym GOPR.

Minęło sporo czasu, zanim w miarę doszliśmy do siebie i jako tako oddaliliśmy ryzyko hipotermii. Niektóre elementy garderoby wyschły nam też dopiero w Polsce. Z tego względu z czystym sumieniem możemy uznać, że było to najlepsze miejsce w Irlandii, aby przemoknąć do suchej nitki. Z wizyty w Glendalough pozostały nam jednak w pamięci towarzyskie jelonki oraz silne postanowienie, żeby następny orkan przeczekać w barze.

O poranku nic nie zapowiadało nadchodzącej katastrofy. No, może poza prognozą pogody.
Nad brzegiem pierwszego jeziorka. Zimno, choć nadal w miarę sucho.
Nad brzegiem jeziora znajdują się cmentarz i ruiny starego opactwa.
Objazd, a w zasadzie obchód na szczyt.
Taki ciekawski kolega przywitał nas na trasie.
I jeszcze więcej jelonków.
Jelonek patrzy się na idiotów wchodzących w deszczu na szczyt.
W normalnych okolicznościach ścieżka jest bardzo malownicza…
… ale akurat podczas naszego pobytu była w remoncie. Poza tym właśnie tutaj przemokliśmy do suchej nitki.
Kiedy spodziewaliśmy się spotkać co najwyżej zamarznięte zwłoki innych podróżnych, na szlaku natrafiliśmy na stado owieczek.
Przez całą drogę było bardzo mokro i bardzo zimno. Ośmielę się nawet stwierdzić, że było to dość nieprzyjemne doświadczenie.
Wypada jeszcze wrócić na parking. Po zejściu do doliny aż trudno uwierzyć, że to to samo miejsce.

Newsletter All Exclusive

Dostajesz za mało spamu? Jest na to sposób.

Zapisz się do newslettera All Exclusive i otrzymuj powiadomienia o najnowszych wpisach, artykułach i zmianach na stronie. W ten sposób nigdy nie przeoczysz przepisu na nowatorską nalewkę albo kolejnej historii podróżniczej. Obiecuję, że wiadomości nie będzie dużo, bo i jakiekolwiek nowe treści pojawiają się tu sporadycznie.

Podobne wpisy

0 0 Ocen
Ocena
Powiadom mnie o nowych komentarzach
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments